Skocz do zawartości

  • Zaloguj korzystając z Facebooka      Zaloguj się   
  • Rejestracja

Witaj!

Zaloguj się lub Zarejestruj by otrzymać pełen dostęp do naszego forum.

* * * * *

Catch and Release - 10 powodów dla których powinniśmy uwalniać złowione ryby?


Długo się zastanawiałem jak innymi słowami opisać powody, dla których powinniśmy zwracać wolność większości złowionych ryb. Argumenty, do których przekonuję kolegów „po kiju” od kilku lat, które starałem się opisać w książeczce Złów i Wypuść, a także na łamach prasy i licznych forach internetowych. Które z nich uznać za najważniejsze, w jaki jeszcze sposób mogę zachęcić do umiaru? Tak, chciałbym na wstępie zaznaczyć, że nie staram się przekonać do całkowitego zakazu zabierania ryb, choć zdaje sobie sprawę, że dla wielu łowisk byłaby to może ostatnia szansa na powrócenie do swojej dawnej świetności i bogactwa populacji ryb. Chciałbym was namówić do zachowania zdrowego rozsądku, do świadomego poczucia odpowiedzialności za nasze ulubione łowiska.


Dlatego dziś postaram się przybliżyć jak najwięcej argumentów, dla których osobiście zwracam wolność moim okazom. Wierzę, że nawet jeśli spośród nich nie uda wam się znaleźć takiego, który by was 100% przekonał, to przynajmniej pozwoli wam wypracować własne powody do stosowania zasady Złów i Wypuść.



Dołączona grafika



Powód 1 – FATALNY STAN NASZYCH ŁOWISK. Spadające pogłowie ryb nie jest już dziś żadną tajemnicą ani wielkim odkryciem. Udało się przełowić ławice ryb morskich, więc jeszcze dobitniej rozprawiliśmy się z populacjami ryb na śródlądziu. W akwenach, których skala, a zatem i linia stabilności ekosystemu jest nieporównywalnie mniejsza. Mimo, że prasowe parady rekordów wciąż powalają wielkością łowionych ryb, to chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że złowienie medalowego okazu z roku na rok staje się coraz trudniejsze. Oczywiście te największe osobniki danego gatunku trafiają się równie rzadko, ale już duże ryby ze strefy medalowej, nad którymi dziś się zachwycamy, kilkadziesiąt lat temu nie robiłyby większego wrażenia. Czytając literaturę opisującą dawne połowy wędkarskie na Mazurach, Wiśle i jej dopływach, aż trudno uwierzyć, że jeszcze nasi ojcowie i dziadkowie mieli szanse i szczęście łowić w niezwykle rybnych łowiskach, gdzie spotkanie z metrowym szczupakiem, ogromnym sumem czy wielkim złotym leszczem było codziennością. W potokach, w których wytropienie wielkiego potokowca było tylko kwestią cierpliwości i czasu. Dziś pozostały wspomnienia, a w poszukiwaniu ryby życia przebieramy w ofertach biur turystycznych, oferujących wyjazdy na najlepsze światowe łowiska, w których…. – najczęściej obowiązuje zasada całkowitego zakazu zabierania złowionych ryb.


Powód 2 – WPŁYW WĘDKARZY. Za nasze coraz gorsze wyniki obwiniamy kłusowników, niewystarczające zarybienia, rybaków, kormorany, bobry, norki, zapory, ścieki, pełnię księżyca… Innymi słowy doszukujemy się winy wszędzie, byle z dala od siebie. Zgodzę się, że naturalny ekosystem to bardzo skomplikowany twór natury i często nie można wskazać tylko jednego czynnika mającego negatywne skutki. Jednak wracając do naszych realiów, jest wiele łowisk, które były poddane tylko presji wędkarskiej. Nie ma na nich odłowów rybackich, po upadku przemysłu znacznie poprawiła się jakość wody, poziom zarybień pozostał zbliżony, a ryb jakby nie przybyło. Wręcz odwrotnie. Od kiedy na zbiorniku z kilku łódek, zrobiło się kilkadziesiąt, złowienie ciekawej ryby staje się nie lada wyzwaniem, a jeszcze kilkanaście lat temu… Powinniśmy sobie zatem uświadomić, że dysponując nowoczesnym sprzętem, doskonałymi przynętami, techniką satelitarną, echosondami, w czasach gdy dotarcie do najodleglejszych zakątków nie stanowi większego problemu, staliśmy się bardzo wprawnymi myśliwymi, mogącymi skutecznie konkurować nawet z brygadami rybackimi. Informacja o skupiskach ryb i ich dobrym żerowaniu rozchodzi się błyskawicznie, a w ślad za tym w ciągu krótkiego czasu grupa wędkarzy, ba w małej rzeczce nawet jeden wędkarz, może skutecznie wyłowić całe stado ryb.


Powód 3 – NAUKA. Z naukowego punktu widzenia największe osobniki danego gatunku to bezcenne nośniki genów. Przez lata wmawiano nam, że tarło ryb mniejszych jest dużo bardziej skuteczne, że największe drapieżniki to szkodniki, które więcej jedzą niż rosną, generalnie że z dużymi rybami jest więcej kłopotu niż pożytku. Nie będę zagłębiał się w analizę badań naukowych i zanudzał wybranymi wynikami. Tam gdzie prowadzi się profesjonalne badania ekosystemów wodnych stwierdzono, że zabijanie okazów przynosi opłakane skutki dla całych populacji. Okazało się, że regularne wyławianie największych osobników zmniejsza średni wymiar ryb nie na przestrzeni dziesiątek lat, ale w znacznie krótszym okresie czasu. Jednak każdy ekolog potwierdzi jedną prawdę. W naturze nie ma miejsca na przypadki. Jeśli przez tysiące lat ekosystem doprowadził do wykształcenia się półtorametrowych szczupaków, to był ku temu powód. Tak przebiegała ewolucja i naturalna selekcja. Jeśli w rzekach żyły 100 kilogramowe sumy to znaczy, że ich tarło musiało być równie skuteczne co tych mniejszych osobników. Jeśli potoki zamieszkiwały 80cm pstrągi potokowe, to znaczy że miały ku temu warunki i z naturalnych powodów ich stały wzrost był cechą preferowaną.


Powód 4 – EKONOMIA. Doświadczenie mówi, że nic tak nie przemawia do rozsądku jak pieniądze. Zadziwia mnie fakt, że nasi lokalni włodarze, gospodarze wód, rząd i ministrowie, nie dostrzegli jeszcze jak olbrzymie pieniądze można zarobić na wędkarzach. Pasjonaci naszego hobby, gnani wizją spotkania z taaaką rybą, są często skłonni zapłacić olbrzymie pieniądze, za samą możliwość łowienia w łowisku, w którym można spodziewać się wielkich ryb. Przecież nikt nie daje gwarancji, że jadąc do Hiszpanii złowimy 2 metrowego suma, że każdy wyjazd do Szwecji skończy się spotkaniem z metrówką lub 10 kilowym łososiem. Mimo to, płacimy za promy, samoloty, paliwo. Kupujemy łodzie, licencje, najnowszy sprzęt, zanęty. Dźwigamy kilogramy przynęt, elektroniki, aparaty fotograficzne itp. Jest tylko jeden warunek – w łowisku muszą być ryby, duże ryby. W przeciwnym razie pozostanie nam łowienie płotek, co owszem może być równie piękne, ale raczej nigdy nie będzie motorem napędowym gałęzi przemysłu jakim stało się wędkarstwo i raczej nie przyciągnie młodzieży, która w dobie wirtualnej rzeczywistości i sportów ekstremalnych szuka „mocnych” wrażeń.


Powód 5 – NASZE REKORDY. Będąc dzieckiem, pamiętam wakacje i godziny spędzone na wpatrywaniu się w spławik mego dziadka. Mimo, że sam czas spędzany nad wodą był atrakcyjny, to emocje towarzyszące chwilom, gdy kołyszące się na falach piórko znikało pod wodą, były ogromne. Już wtedy w głowie kołatały się myśli czy kolejne branie zakończy się spotkaniem z większą rybą od poprzedniej. U podstaw każdej kolejnej wyprawy leżało przesłanie, aby tym razem przechytrzyć większą i jeszcze większą rybę. Tak jest do dziś. Wydaje mi się również, że to jest podstawa całego wędkarstwa. Łowienie ryb samo w sobie może być pasjonujące, ale gdzieś głęboko zawsze wierzymy, że kolejne branie przyniesie nam rybę życia. Zabijając naszą rekordową rybę, sami odbieramy sobie szansę na spotkanie z jeszcze większym przedstawicielem wodnego świata. A jeśli złowiony metrowy szczupak był ostatnim tak dużym szczupakiem w naszym łowisku? Na kolejnego przyjdzie nam długo czekać.


Powód 6 – BEZCENNE INFORMACJE. W krajach, w których zasady Złów i Wypuść są zakorzenione równie mocno co podstawowe węzły, udowodniono że uwalniane ryby łowi się wielokrotnie w ciągu tego samego sezonu. Po pierwsze za każdym razem ryba jest nieco większa. Po drugie przynosi niezapomniane emocje kolejnym łowcom, po trzecie dostarcza bezcennych informacji o zwyczajach, tempie wzrostu, migracjach i innych zjawiskach towarzyszących podczas jej życia. Takie informacje w odpowiednich rękach mogą przyczynić się do dalszej skutecznej ochrony i poprawy stanu naszych łowisk. Na koniec taka ryba jest gwarancją, że nasze dzieci będą rozumiały, dlaczego bez względu na porę dnia, pogodę i inne okoliczności znikamy na całe dnie, pozostawiając wszystkie problemy szarej codzienności.


Powód 7 – PRÓŻNOŚĆ. W dzisiejszych czasach uwiecznienie największych emocji nie stanowi najmniejszego problemu. Nasze telefony komórkowe dysponują aparatami wykonującymi zbliżone jakościowo zdjęcia do najprostszych kompaktów. Rozpiętość cenowa cyfrowych aparatów mieszczących się w kieszeni kamizelki jest tak ogromna, że chyba każdy znajdzie coś dla siebie. Czy faktycznie rzucona na kuchenny stół ogromna ryba zrobi większe wrażenie, niż fotografia przedstawiająca szczęśliwego łowcę? Czy nasza ciocia, sąsiad, kolega choć trochę się wzruszy na wieść, że oto zabiliśmy może ostatnią dużą rybę w jeziorze? Czy nie macie wrażenia, że pora sobie uświadomić, iż te wszystkie trofea, suszone głowy bardziej straszą niż zdobią nasze ściany?


Powód 8 – NIE BĄDŹMY PAZERNI. Czy faktycznie żyjemy jeszcze w czasach głodu? Czy większą wartością jest dla nas dobry smak czy po prostu „zapchanie” żołądka? Jak można kulinarnie porównywać starego, suchego, rozmrożonego sandacza od świeżego i soczystego mięska świeżo złowionej kilowej rybki? Ile jesteśmy w stanie zjeść na jedną kolację? Czy można porównywać smak bolenia, klenia, jazia do łososia, mintaja, pangi? Jaki jest dla nas koszt złowienia dużej ryby, a jaki zakupu mięsa w sklepie? Bo jeśli jeździmy na ryby tylko po to, aby zapchać lodówkę to proponuję wziąć kalkulator i przeliczyć, czy przypadkiem zakupy w hipermarkecie nie wyjdą taniej. Niestety będąc nad wodą, odnoszę wrażenie, że wielu kolegów traktuje nasze piękne hobby jak sposób na zdobycie białka. Dziwi mnie to tym bardziej, gdy widzę biznesmenów, ludzi ubranych jak z katalogu, przyjeżdżających znakomitymi samochodami i pakujących każdego okonka, któremu ledwo głowa odrosła od ogona do plastikowego worka.


Powód 9 – SZACUNEK. Skoro spotkanie z dużą rybą daje nam tyle radości, wyzwala tyle emocji, to czy naszemu ulubieńcowi nie należy się odrobina szacunku? Dlaczego szanujemy stu letnie dęby, zabytki, dzieła sztuki, krajobrazy, a nie szanujemy 2 metrowych sumów, metrowych szczupaków, 60cm pstrągów i półmetrowych lipieni? Czy takie ryby, które w życiu pokonały wiele przeszkód, nie powinny także nosić miana pomnika przyrody?


Powód 10 – NIEDOSKONAŁOŚĆ PRAWA. Zdaje sobie sprawę, że w idealnym świecie, każde łowisko podlegałoby osobnemu monitoringowi. Regularne badania prowadziłyby do ustanawiania zależnych od danych warunków limitów, okresów i wymiarów ochronnych. Prawda jest jednak taka, że tylko kilka łowisk na świecie posiada takie zaplecze, a w naszym kraju obowiązujący Regulamin Amatorskiego Połowu Ryb już dawno stracił znamiona aktualnych potrzeb ochrony rybostanów. Skoro rozumiemy, że obowiązujące przepisy są zbyt liberalne, powinniśmy w trosce o nasze łowiska sami ograniczać nasz wpływ. Nawet jeśli nie dla tak górnolotnie brzmiących idei przyszłych pokoleń, to choćby dla nas samych. Byśmy za kilka lat nadal cieszyli się z rybnych rzek i jezior.


Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Najtrudniej jest wypuścić pierwszą rybę. Z każdą kolejną będziemy mieli mniej wątpliwości i będziemy z większym uśmiechem spoglądali rano w lustro. W końcu miło jest mieć pewność, że nie dołożyło się cegiełki do zagłady naszych łowisk. Każdy z nas stosuję zasady Złów i Wypuść. Wszyscy uwalniamy ryby niewymiarowe. Jeśli posiadamy taki nawyk, równie szybko przyzwyczaimy się do radości podczas zwracania wolności okazom.


Mateusz Baran
(Artykuł opublikowano w WW 02/2009)


26 Komentarze

"W przeciągu roku jestem na rybach około 250 razy"Taki to się czuje jak w RAJU.

Ja nie mam takiej możliwości i ryb żadnych nie biorę bo jakoś nie mam szczęścia ale jak bym mógł zrobić chociaż jedną fotkę.

TO JUŻ BYM BYŁ SZCZĘŚLIWY .

Myślę że tej ryby NIE MA .A to wędkarstwo to totek.Nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie co PZW ROBI Z NASZĄ SKŁADKOWĄ KASĄ.

Bo w to zarybianie nie wieżę.

A żeby wypuszczać to w pierw trzeba złapać,o okazach życia można zapomnieć może w innym życiu.

Pozostały łowiska komercyjne a PZW podziękować.

Ten rejestr połowu to raczej lista obecności na łowisku jakimś tam,mój wgląda tak:


Załączone pliki