Findhorn & Dee
Wreszcie się udało. Po pięciu latach przerwy odwiedziliśmy Szkocję. Rok szkolny 25/26 już się zaczął i musiałem zerwać młodsze Żbiki z lekcji na tydzień, ale to był jedyny termin, żebyśmy mogli pojechać w pełnym składzie. Najstarszy, studenciak, dopiero co wrócił z zagranicznych wojaży po francuskich winnicach. Zebrał cenne doświadczenie jak smakuje prawdziwa praca 😁
Na pierwszy ogień poszedł Findhorn i najbliższe memu sercu Altyre. Druga połowa września, końcówka sezonu. O tej porze, w każdym poolu powinny chlapać się łososie, a tu cisza.
Maks na środku Roan pool
Tymek na wlewie do Roan pool
Pierwsze bankowe miejsce na pusto. Zauważyliśmy tylko jednego grilsa, który pod drugim brzegiem nieśmiało zrobił delfina. Może słońce trochę za ostro dawało, ale poza tym warunki były całkiem spoko. Tylko ryb brakowało.
Ben przeczesuje miejscówkę pod skarpą
Soldiers Hole
Kawał grubej wody
Dosyć szybko stało się jasne, że o rybę będzie niezwykle trudno, ale to dla nas nie pierwszyzna. Tak już jest w łososiowym świecie, że na sukces trzeba ciężko zapracować i jeszcze liczyć na łut szczęścia.
Przerwa na reklamę
Koszykaż NBA z jednym spuchniętym jajem - współczesna sztuka w wykonaniu Tymka
Tu też ładnie
Scure pool na zakończenie dnia
Następnego dnia mieliśmy zarezerwowane licencje na klubowym odcinku. Słońce schowało się za chmurami, co dawało nam odrobinę nadziei na lepszy wynik. Ale wkrótce zaczął wiać silny wiatr, który wielce utrudnił nam zadanie.
Pod kablami zawsze stoją ryby
Przerwa na lukrowanego donata
Tymek powoli się rozkręcał
Benek na bankówce
W warkoczach miedzy kamieniami pokazał się okazały samczyk, ale dał się skusić na muchę
Po całym dniu intensywnej rybałki zasłużyliśmy na solidna kolację, a że był piątek wieczór to wybór mógł być tylko jeden. Jedziemy do smażalni na fish and chips!
Filet z plamiaka
Słuszna porcja frytek
Cebulowe krążki
Po filecie z frytkami na głowę i cebulą do podziału nikt już nie miał siły na deser. Benek dosłownie padł na podłogę w hotelowym pokoju, bo nie miał siły dojść do łóżka. Następnego dnia opuściliśmy gościnny Forres i widokową trasą przez dolinę Spey przejechaliśmy na wschodnie wybrzeże. Czekał nas weekendowy odpoczynek wśród znajomych.
Ostatni rzut okiem na jedną z głównych ulic Forres przed wyjazdem
Przystrzyżone brzegi na odcinku Rothes - wizytówka Spey
Most w Craigellachie
Kładka w Aberlour
W dolinie Spey praktycznie każda większa wioska, a miasteczko to już obowiązkowo, ma swoją gorzelnię whisky. Powyższe nazwy powinny brzmieć znajomo dla smakoszy rudego bimbru.
Ze Spey przeskoczyliśmy do Huntley nad Deveronem. To tu stawiałem pierwsze łososiowe kroki na szkockiej ziemi. Najpierw z korbą, a następnie tak jak Pan Bóg przykazał, czyli z dwuręczną muchówką.
Ruiny zamku
Brama wjazdowa do posiadłości przekształconej w hotel
Ekstremalnie niska i prześwietlona do samego dna woda - bez szans na łososia
Za dobrych czasów, i to wcale nie tak dawno bo zaledwie 15-20 lat temu, Deveron był piatą rzeka w Szkocji pod względem łowionych łososi. Dzisiaj obraz nędzy i rozpaczy. Nie wiem co poszło nie tak, ale wielka czwórka, czyli Tweed, Tay, Spey oraz Dee również pod tym względem nie rozpieszcza. Pozostały tylko wysokie ceny za licencje. I w takich momentach nachodzi mnie refleksja, czy to tylko chwilowa zmiana i trend się odwróci, czy jedziemy po równi pochyłej bez widoków na poprawę?
Przedostatni przystanek - zamek Fyvie z XIII w.
Plaża w Aberdeen
Stacja końcowa - wino ze starym kumplem
Tylko jedna buteleczka na dwóch, ale każdy łyk pyszny "jakby mi pan Jezusek bosą stópką po gardle przeszedł". A następnego dnia w głowie nic nie chlupotało i mogłem bezpiecznie stanąć nad brzegiem Dee bez obawy o wywrotkę na śliskich kamieniach. Łowiliśmy na odcinku Crathes Castle.
3, 2, 1, start
Wraz z Tymkiem wylądowaliśmy na samej górze, Jim nieco poniżej nas, a ghillie John obsługiwał Maksa i Bena na dole. Do południa zobaczyliśmy dwa spławy i Jim zaliczył skuba. Po powrocie do domku na lunch powitał nas uśmiechnięty od ucha do ucha John i poinformował, że Maks wyjął łośka, a Ben stracił podobną rybę tuz przed podebraniem.
Maks z łososiem
Mały, ale cieszył
Chumory nam dopisywał, apetyt też. Z Johnym znam się od bardzo dawna, Jima wprowadziłem do wędkarstwa ponad 10 lat temu i takie spotkanie było wystarczającym pretekstem, żeby pociumkać małą porcję whisky na deser.
Całe popołudnie biczowaliśmy wściekle wodę
Ale nie przyniosło to porządanych efektów poza doznaniami estetycznymi
O zachodzi słońca zwinęliśmy się do domu
Dzień przerwy od łowienia poświęciliśmy na odwiedzenie starych śmieci. Miasto trochę się zmieniło. Idąc za postępem czasu lewacki zarząd wprowadził zielona strefę wolną od śmiercionośnych silników spalinowych. Przybyło też śniadoskórych inżynierów z Afryki i ubyło lokalnych biznesów.
Żbiki w centrum miasta
Marischal College
Ben u lokalnego producenta gitar RJK - zbyt płytki cutaway uniemożliwił szalonemu szarpidrutowi dostęp do najwyższych progów
Port w Stonehaven
Obowiązkowy punkt programu - ruiny zamku Dunnottar z XV w.
Polowanie na kraby w kałużach
Ostatni dzień. Zostało nam 8h łowienia z zegarkiem w ręku, żeby nie spóźnić się na lot powrotny. Skoro Dee podarzyła, to należało iść za ciosem. Ta sama woda tylko na prawym brzegu, czyli Knappach. Ocinek o połowę krótszy i tylko dwie licencje do dyspozycji, więc dzieliliśmy wędki.
Tu Benek zaliczył skuba
Nieco wyżej Tymek obłowił ciekawy wlew
Tradycyjna przerwa na lunch koło południa. Jim wpadł do nas, żeby jeszcze się pożegnać przed wylotem. Trochę pogadalismy w domku i poszliśmy nad wodę, żeby nie tracić cennych minut. My tu gadu gadu, a w tym czasie łosiek łyknął czarną francę na Tymkowej wędce. Magia!
Tymek ostro postawił się królewskiej rybie
Praca zespołowa przyniosła efekt i samiczka zapozowała z nami do fotki
Życie pisze niesamowite scenariusze. Szkocja zachowała się bardzo fair i dała na koniec to co najlepsze. Żbiki były już syte wrażeń i zaczęły się pakować, a ja postanowiłem wykorzystać ostatnią godzinkę dla siebie i przeczesałem najbardziej obiecujący pool poniżej domku.
Ja na środku rzeki
No i prawie się udało. I to dwa razy. Ale obie ryby niestety wypięły się w trakcie holu. Zaraza! Troszkę szkoda, ale w sumie wynik końcowy, jak na tak słaby rybostan był zadowalający. Dwa wyjęte, trzy stracone, i co najważniejsze, to że każdy z nas coś miał na kiju. A już za dwa miesiące znów staniemy nad brzegami szkockich rzek, pełni nadziei na spotkanie z królem tych wód. Czy nam się uda? Czy mnie wpuszczą do UK? Czy chłopców wpuszczą do PL? (tak, tak, uroki podróżowania na dwa paszporty + moja ignorancja przepisów przysporzyły nam nie lada emocji w obie strony) Czy porucznik Kabura uratuje nasze imperium przed kosmitami? O tym wszystkim przekonacie się już wkrótce.
-
24
-
1
13 Comments
Recommended Comments
Create an account or sign in to comment
You need to be a member in order to leave a comment
Create an account
Sign up for a new account in our community. It's easy!
Register a new accountSign in
Already have an account? Sign in here.
Sign In Now