Tylko jeden tydzień
Mieszkając jeszcze w Szkocji, poznałem angielskiego wędkarza, który prowadził wędkarskiego bloga "Just one week". Nazwa wywodziła się od tego, że raz do roku przyjeżdżał na tygodniowy urlop do Szkocji na łososie. Resztę roku spędzał na lokalnych, pustych rzekach. Dziwiłem się wtedy jak można realizować swoje hobby przy tak ograniczonym czasie. Jeden tydzień w roku? Wybierasz termin z dużym wyprzedzeniem nie wiedząc jaka będzie pogoda i wykładasz kasę, żeby potem z kocią mordą przyjechać nad pustą wodę. Jak można z tego czerpać przyjemność? Przecież to jest bez sensu. Hmm... no wychodzi, że można, bo po dziesięciu latach znalazłem się w dokładnie tej samej sytuacji. O ile w zeszłym roku udało się nam jakoś wydłubać parę łososi, to tym razem warunki trafiliśmy jeszcze gorsze. Łososie nas kompletnie zignorowały i w tym momencie mógłbym podziękować za uwagę i zakończyć wpis. Ale użyłbym w tym wypadku zbyt dużego skrótu myślowego, bo wyjazdu nie żałuję, a na warunki nie mam wpływu. Wyjazd zaczęliśmy od wycieczki wzdłuż Dee, bez wędek, bo padaka była totalna. Zaczęliśmy w Aberdeen a skończyliśmy powyżej Banchory.
Klubowa woda na Dee. Jedyne łososie jakie zobaczyliśmy tego dnia.
Kościół w Blairs
Lower Crathes & West Durries - najdroższy odcinek na Dee, we wrześniu 190 brytyjskich funtów za dzień. Ale są tacy którzy płacą i sobie chwalą.
Wodospad na River Feugh, największy prawobrzeżny dopływ Dee. Woda ledwo ciurkała po kamieniach.
Widok z mostu w Banchory.
Ostatnie miejsce na Dee, na więcej nie starczyło nam chęci.
Podczas naszego tygodniowego pobytu w Szkocji, na Dee złowionych zostało 30 łososi. Powiedzieć, że słabo, to jak nic nie powiedzieć... Do tak fatalnych statystyk połowów nie dołożyliśmy jednak ręki, bo tym razem nie łowiliśmy na Dee (chyba pierwszy raz od czasu przeprowadzki do PL). Zaklepałem dla nas dwa dni na Findhorn. Ta rzeka, a szczególnie odcinek Altyre, jest tak bliska memu sercu, że nie mogłem sobie odmówić przyjemności spędzenia tam czasu ze Żbikami.
Po rocznej przerwie od dwuręcznych muchówek trochę czasu zajęło zanim wróciliśmy do formy.
Rzut pod drugi brzeg...
...i można spokojnie patrzeć na robaki pod nogami.
Na koniec dnia Benio zgrabnie układał pętle, jakby nic innego w tym roku poza tym nie robił.
Piłowaliśmy wodę do zachodu słońca bez ani jednego brania. Na kolację planowaliśmy "fish & chips", ale że się spóźniliśmy, to jedyną dostępną opcją był kebab na wynos. Posiedzieliśmy z kumplem do bardzo późna z mocnym postanowieniem wczesnej pobudki i startu nad rzekę skoro świt. Średnio nam się udało z tym wczesnym startem, bo jednak delikatnie przesadziliśmy ze wspominaniem starych dawnych czasów. Jim nie nastawił budzika, a ja byłem niedysponowany i musiałem jeszcze troszkę dospać. Ostatecznie doturlaliśmy sie we dwóch nad rzekę, bo dzieciaki wybrały sen, zresztą bardzo słusznie.
Poranek nad wodą.
W takich warunkach nie mieliśmy praw nic złowić. I oczywiście nie złowiliśmy.
Brakowało 15cm wody do minimum, a na drugie tyle bym się nie obraził.
Po śniadaniu Jim zmył się na chatę, bo pogoda była plażowa. Jedynym sensownym miejscem na spędzenie czasu była zatem plaża. Pojechaliśmy na ujście Findhorn. Trochę wiało, woda w Morzu Północnym zimna jak zawsze, ale warunki do spaceru jak najbardziej.
Sezon letni już się skończył.
Tymek nazbierał masę bezcennych skarbów.
Z serii: co by tu zrobić i się nie narobić a smacznie zjeść = burger w wędkarskim domku
Po obfitym posiłku myślałem, że Żbiki padną na sofie, żeby zachować energię na wieczorną sesję, ale oczywiście nie było takiej opcji w menu. Jest ciepło, jest woda, no to trzeba skorzystać. Szybka rozbiórka do gaci i myk do rzeki.
Elbląskie metaluchy w kąpieli.
A w tym czasie odwiedził nas dzierżawca odcinka, mój serdeczny kolega Ian.
Znowu piłowaliśmy do zachodu. Maksio ambitnie na smużaka, ale jedyny kontakt zaliczyłem ja. Niestety trotka po wyskoku spadła.
Coś na osłodę.
Zdecydowaliśmy się na zmianę łowiska. Dawno nie łowiłem na Spey, a kolego zaproponował wspólny dzień. Szybki telefon w celu ustalenia szczegółów i plan mieliśmy opracowany. Zanim dobudziłem, zapakowałem moją ekipę i dojechałem na łowisko, David już na nas czekał zwarty i gotowy. Niskie poziomy wód promowały dolne odcinki rzeki i liczyliśmy na spotkanie ze świeżą rybą wchodzącą na przypływie.
Poole mają po kilkaset metrów i spokojnie znajdzie się miejsce dla czterech wędek. Tymek jeszcze nie wiedział, że zaraz będzie holował.
Pierwsza ryba wyjazdu. Mała, ale ucieszyła Tymka ogromnie.
David z kolejną trotką.
Przerwa techniczna na puszkę lokalnego specjału.
Benio na bankówce, ale dalej tylko trotki się czepiały.
Pożegnalna fotka.
Łososie owszem pokazały się na przypływie, ale ominęły nas szeroki łukiem i poszły w górę. Poprawiliśmy sobie nastroje trotkami, każdy coś złowił, ale rozmiarami niestety nie porażały. Brały same maluchy z przedziału 30-40cm, które nawet nie wyciągaliśmy z wody. Tym dniem zdecydowaliśmy się zakończyć część wędkarską wyjazdu. Zostało nam jeszcze kilka adresów do odwiedzenia, a czas do wylotu nieubłaganie się zbliżał.
Biały i czerwony syropek na wszelkie dolegliwości od d'Arenberg.
Drum Castle
Crathes Castle
Szkockie krowy nieco różnią się od naszych.
Obiecane fish & chips
Pozostał wędkarski niedosyt po tegorocznym wyjeździe, ale towarzysko zrealizowaliśmy plan z nawiązką. Spotkaliśmy się ze starymi znajomymi i bardzo miło spędziliśmy czas. Pogoda była wybitnie nie łososiowa, ale gdybyśmy przyjechali dosłownie tydzień wcześniej to relacja prawdopodobnie obfitowałaby w więcej fotek z rybami. David prowadzi swój kanał na YT i tak wyglądała sytacja na Findhorn w tygodniu poprzedzającym naszą wizytę gdy woda podniosła się po opadach:
-
4
6 Comments
Recommended Comments
Create an account or sign in to comment
You need to be a member in order to leave a comment
Create an account
Sign up for a new account in our community. It's easy!
Register a new accountSign in
Already have an account? Sign in here.
Sign In Now