Jump to content

Artykuły

Manage articles
  • sneyks123
    Banner image:
    Cześć, jestem Karol i wspólnie z moim dziadkiem Zbigniewem przeżyliśmy wspaniałą przygodę w Szwecji w czerwcu 2025. Nie odbyłaby się, gdyby nie wasza, Forumowiczów, pomoc merytoryczna. Chciałbym za to z tego miejsca serdecznie podziękować, jesteście wspaniali, a forum Jerkbait jest naprawdę wyjątkowym miejscem (jestem tu z wami od 2012 roku). 

    PRZYGOTOWANIA
    Decyzja zapadła jeszcze w lutym, jedziemy do Szwecji. Obowiązkowa powtórka cyklu „ani diabeł, ani głębina”, kilka stron notatek i urodził się w miarę sensowny plan.
    Gdzie: Szwecja środkowa, przynajmniej 500 km na północ od Karlskrony, by nie tracić zbyt dużo czasu na dojazd a jednocześnie ominąć obszar największej presji wędkarskiej.
    Kiedy: przełom czerwca i lipca wydawał się dobrym rozwiązaniem, szczupaki powinny już być po tarle a lód powinien już dawno zejść. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na 14-20.06 żeby zdążyć przed szwedzkimi wakacjami
    Woda: zbiornik musi być w miarę duży, wstępnie planowaliśmy minimum 300 Ha ze względu na wyposażenie naszego pontonu tylko w silnik elektryczny, ostatecznie zdecydowaliśmy się na zbiornik o powierzchni ponad 50 km^2 oraz dokupienie spaliny 6hp. Jeśli chodzi o batymetrię celowałem w akwen o rozbudowanej linii brzegowej, dużej ilości wysp, głębokości przynajmniej 12-13 metrów lub więcej.
    Kwaterunek: domek niedaleko od wody, ze względu na potrzebę ładowania akumulatorów oraz możliwości szybkiego powrotu na odpoczynek.
    Cel: dobra zabawa, dużo akcji, spełnienie marzenia Dziadka o tym by poholować dużą rybę (80cm+)
    Dzięki wsparciu kolegów w wątku Szwecja oraz długiej rozmowie z kolegą @Dano udało mi się doszlifować plan i rozpocząć wcielanie go w życie. 

    PODRÓŻ
    Trasa odbyła się bezproblemowo, najpierw samochodem do Gdańska, a potem promem do Nynäshamn. Warto wspomnieć, że jeżeli płyniecie promem, to w nocy na morzu można zmarznąć, jeżeli nie weźmiecie ciepłych ubrań. Okazuje się, że problem nieprzygotowanych turystów jest na tyle częsty, że na recepcji można wypożyczyć kocyk służbowy w zamian za kaucję, z czego ochoczo skorzystałem. Mając już zapewnione ciepło i kufelek piwa, kończyłem robienie przyponów i dozbrojek. Drugą rzeczą, której się nauczyłem, to że zanim wjedzie się na pokład, trzeba dokonać odprawy, i to nie jest ta sama kolejka co do wjazdu. Na zrzucie zaznaczam wam miejsce wjazdu oraz budynek odpraw.


    Szwecja przywitała mnie pięknym szkierowym widokiem miliona skalistych wysepek i zapachem nadziei. Przypominają mi się wszystkie filmy z łowienia szczupaków w szkierach. Odbieram dziadka z lotniska Arlanda i wieczorem już szykujemy sprzęt na nadchodzące łowy. Dziadek nie mógł wyjść z podziwu jak pięknie Szwecja wyglądała z pokładu samolotu, jezioro na jeziorze i rzeką poganiane i tylko gdzieniegdzie kawałeczek lądu. Pierwsza noc była ciekawa, bo w sumie, wcale jej nie było ze względu na zjawisko „białych nocy”. Niby człowiek wiedział, że tak będzie, ale jednak  

    22:50 - Ciemniej już nie będzie
     
    OPERACJA „ZAPACH SZCZUPAKA”
    Pierwszego dnia rozpoczęliśmy badanie zbiornika od sprawdzenia polecanych miejscówek, łowienia z ręki i ogólnego poznania wody. Chcieliśmy zobaczyć czy woda „żyje”. I żyła, choć szybko doszło do nas, że na łowienie po trzcinach jest już zdecydowanie za późno. Pierwsze branie mieliśmy może po 20 minutach na wodzie, mimo że ryba spadła, cieszyliśmy się jak dzieci. „Są!” to hasło sprawiało, że świat nabierał nowych kolorów. Minęło kilka godzin, wyniki nie były powalające, dwie rybki <40cm, Dziadek uznał, że idzie odpocząć a ja zmieniłem taktykę. Dwie wędki, woblery i trolling w kierunku głębszej wody.

    Pierwszy!

    Na wodzie 4-5m zaczęło się dziać, sandaczyk już sensowniejszego rozmiaru, szczupaczek jeszcze lepszego, zaczyna być dla mnie jasne, że szczupłe zeszły już z trzcinowisk. Podbudowani polepszającymi się wynikami, spotykamy się z dziadkiem na przystani i wypływamy czesać w trollingu co lepsze miejsca. Mija kilka godzin, nawykliśmy już do warkotu silnika, ponton buja się spokojnie po wodzie

     „Jest!”

    Krzyk dziadka wyrywa mnie z transu, widzę, że tym razem jest inaczej, kij gnie się bardziej, raz na czas nawet hamulec da o sobie znać. Sprzęt jest mocny więc przeciwnik niedługo ląduje w podbieraku. 86cm – cel spełniony, presja ze mnie schodzi, Dziadek złapał to co miał złapać, nawet gdybyśmy nic więcej nie złowili to wyjazd będzie „zaliczony”. Ale złowimy… o tym za chwilę, wracając do naszej zdobyczy. Odpinam go szybko z kotwic i pozwalam chwilkę odpocząć w podbieraku, w tym czasie moczę matę i przygotowuję miarkę. Potem szybka akcja, miara, fotka i do wody, odpoczywaj potworku i rośnij. Pływamy jeszcze dwie godziny, ale cisza. 

    86cm - plan wykonany

    Dziadek idzie spać, a ja wracam, bo szósty zmysł mówi mi, że idzie żarcie. Pływam sobie spokojnie i o 23.30, będąc już nieco otępiałym (zaczęliśmy łowienie o 5 rano) widzę, jak kij gnie się po rękojeść, oczy mi rosną jak spodki, rzucam wszystko co mam w rękach, zacinam, „Jest!”, potężna siła, żywa siła, to nie zaczep! Hol był spokojny, kilka odjazdów, idzie ciężko, tylko raz w życiu czułem na wędce taką siłę. Nie ma nerwowego trzepania łbem, jest za to chwila kołowania, ustawienie ogonem do wędkarza i odjazd na pełnej mocy. Udaje mi się go w końcu podebrać, serce wali mi tak że nie słyszę nic na około, drę się tylko jak głupi „Jest! Jest!”. Szybko go odpinam i pozwalam złapać oddech. Sam siadam na burcie i staram się choć trochę uspokoić. Adrenalina uderza drugą falą, ręce się trzęsą, myśli krążą tylko wokół tego, że się udało. Szczupak chlupotem przypomina o swojej obecności, znaczy odetchnął po walce. Szybciutko wyciągam matę, mierzenie, fotka, buziak i krokodyl odpływa w głębinę. 113 cm, ogromna maciora, największa ryba mojego życia, ba, największa ryba jaką widziałem na żywo!

    113cm - po takiej rybie ciężko dojść do siebie

    Obdzwoniłem dziadka i wujka, wrzuciłem wpis na forum, dałem znać znajomym. I tak nie nadawałem się jeszcze do łowienia, za dużo emocji. Po przestygnięciu popływałem jeszcze do 5 rano, ale już bez żadnych sukcesów więc zdrzemnąłem się na podłodze pontonu. Koło 7 przyszedł Dziadek i popływaliśmy do 11, ale nic szczególnego się nie działo. Z racji, że oboje strzeliliśmy porządne ryby uznałem, że zasługuję na wyspanie się. Ponownie na wodzie zameldowaliśmy się koło 20 i od tego czasu staraliśmy się raczej obławiać wodę przede wszystkim w okresie 17-24. 

    Przeciętna wielkość zdobyczy w trakcie wyjazdu

    REPLAY! REPLAY!
    Następne dni wyglądały dość podobnie do siebie, wstawaliśmy koło 9-10, śniadanko, ja na wodę w poszukiwaniu nowych miejsc i z misją opanowywania nowego sprzętu (4 wędki na raz bywają wymagające dla jednej osoby). Po 17 Dziadek do mnie dołączał i pływaliśmy po miejscach podobnych do tych które obdarzyły pierwszego dnia. Ilościowo jest pięknie, codziennie kilka-kilkanaście ryb. Jakościowo gorzej, wszystko maksymalnie 75cm, w Polsce za takimi pływam tydzień, tutaj przerzucamy hurtem bez nadmiernych emocji, cieszą, ale brakuje kopa. 

    82cm - chudzinka, ale i tak bardzo cieszy

    Jeden się wyróżnił, 82cm, nawet poudawał, że coś walczy. Popełniam ogromny błąd, ale o tym, że jest to błąd mogę powiedzieć dopiero z perspektywy czasu. Za dużo czasu spędzamy na wodzie 5-6 metrów licząc, że wylezą tam ryby z głębin, że powtórzy się pierwszy dzień, że cykl żerowania zrobi kółko i po przerzuceniu odpowiedniej ilości króciaków znów strzelimy okaz.

    To mówicie, że sandacz ma wąski przełyk

    Tak się niestety nie dzieje, więc szóstego dnia zmieniam taktykę, skupiam się na obławianiu wielkiego przedłużenia półwyspu, gdzie samo przedłużenie ma około 5m głębokości a otoczone jest przez wodę 10m+.

    Najlepsze efekty dawało pływanie zygzakiem, tak by przecinać przedłużenie półwyspu pod kątem prostym

    I okazuje się to sensownym pomysłem, rybki co prawda dalej nie okazowe, ale przynajmniej nie ma już wcale mniejszych niż 65cm. Robię sobie przerwę a potem wypływam na 2 godziny, zaliczam hattrick (okoń, szczupak, sandacz) i wracam ze względu na migrenę.

    75cm- sandaczyk z hattricka
     
    DUŻA ZMIANA
    Ostatni dzień spędzam na wodzie sam, walczę od samego rana. Nie mając szczególnego pomysłu na ten dzień, ponownie opływam znane miejscówki, ale nic ciekawego się nie dzieje. Uznałem, że sprawdzę jeszcze główne ploso. 

    Siodło - dwie głębie przecięte wypłyceniem i dwoma wzniesieniami, miejsce z kategorii wymarzonych
     
    I to był bardzo dobry strzał. Na pokazanym na powyższej mapie miejscu, w ciągu może dwóch godzin złowiłem 6 sympatycznych ryb. Niestety dalej bez okazów. Za to pod kątem nauki było świetnie, na echu widziałem banana i chwilę później zębaty meldował się na końcu zestawu, fantastyczna sprawa do testowania zabawek. 

    Przy takich widokach krew szybciej krąży


    HOME, SWEET HOME
    Powrót minął bez szczególnych niespodzianek. Żartowałem, że najgorszą częścią całej wyprawy było to, że trzeba z niej wracać. Byłem szczęśliwy, wyprawa udała się, pobiłem PB, Dziadek złowił 80+, wracamy cali i zdrowi. Dopiero po powrocie do mieszkania poczułem jak strasznie jestem zmęczony, przespałem cały dzień zanim wróciłem do funkcjonowania. 

    Pamiętajmy o C&R!

    Po wyprawie przyszedł czas na analizę. Było sporo rzeczy, z których byłem dumny, plan był dopracowany, czasowo wszędzie mieliśmy okienka na ewentualne spóźnienie, kwaterunek i zaopatrzenie działały bez problemu. Jeżeli chodzi o nowy sprzęt to sprawdził się znakomicie, ponton 330 z silnikiem 6hp na najwolniejszym ustawieniu płynął około 3,8-4 km/h więc raczej po tej szybszej stronie, ale w pełni poprawnie, w razie potrzeby na pokładzie była dryfkotwa. 

    Posejdon czasami dawał wskazówki, gdzie leży skarb

    Z perspektywy czasu widzę, że zabrałem zdecydowanie za dużo przynęt, większości nawet nie zapakowałem na łódkę, nie mówiąc o tym, żeby ich używać. To samo dotyczyło kijów, choć tu akurat była to kwestia ostrożności, mianowicie przy pływaniu na 4 wędki warto mieć zapas, w razie, gdyby któraś strzeliła.

    Co zaś się tyczy samego łowienia, Na pewno udało się wyciągnąć sporo wniosków. Potwierdziły się pewne reguły, na przykład w czasie wieczora/nocy kolory fluo były częściej wybierane. Natomiast w ciągu dnia, szczególnie przy mocnym słońcu, holograficzny Karaś robił świetną robotę. No właśnie!
    PRZYNĘTY
    Nie może się obyć bez krótkiej opowieści o tym, czego używaliśmy do kuszenia kaczodziobych. Ze względu na pierwszy dzień przylgnąłem do woblerów. Co prawda gumy, wahadła i obrotówki też były wykorzystywane, jednak to woblery spędziły na końcu zestawu najwięcej czasu. Niekwestionowanym liderem ilościowym był karaś 11 Jaxona w wersji holo-płotki, szczupaki tłukły w niego jak głupie, bardzo dobrze się sprawdzał na takiej wodzie od 4-6 metrów. 

    Dziadek znalazł ukochane przynęty w nieco większym rozmiarze

    Drugą przynętą, która pokazywała co potrafi wieczorami i w nocy, był whacky 15 Salmo w kolorze GT. To właśnie na niego złowiłem życiówkę.  Nie chodzi on głęboko, ale za to nadrabia super pracą, poza tym, że się kolebie jak każdy wobler, to dodatkowo robi długie odjazdy na boki cały czas pracując. Podium zamyka perch 12 F od Salmo w kolorze okonia. Zupełnie nie sprawdziły się za to CDMAG’i Rapali, byłem w szoku, mimo żonglowania rozmiarami i kolorami miałem na nie może jedną rybę. Widocznie w jeziorku nie występowała sielawa albo szczupaki nie były nią zainteresowane, bo była zbyt rozproszona ze względu na porę roku? W łowieniu głębinowym za to sprawdził się Storm deep thunder 15, zarówno mirror jak i GT, kolor nie grał szczególnej roli. 

    Hall of Fame

    Przyznaję się bez bicia, że kiepskie jakościowo wyniki były spowodowane tym, że zamiast szukać dużych ryb skupiłem się na przerzucaniu średniaków, w nadziei, że któryś w końcu będzie większy. Zbyt mocno zasugerowałem się tym co zadziałało w pierwszym dniu. Gdybym mógł tam być ponownie, więcej czasu poświęciłbym przynętom xxl oraz obławianiu głębszej wody. Za dużo czasu spędziłem na wodzie do 6 metrów. No ale jak wiemy człowiek się całe życie uczy. Za to ilość rozpieściła nas do granic możliwości, złowiliśmy ponad 50 ryb na tym wyjeździe. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, niedługo będę mógł wam opowiedzieć co dzieje się na tej wodzie jesienią….
    Połamania kija!

  • Banner image:
    Piotrek, kończy się 4-letnia kadencja Zarządu OM PZW. Zarządu do którego przeniosłeś się w zasadzie wprost z naszego forum i redakcji jerkbait.pl – dlatego wszyscy pewnie będą patrzeć czy w wywiadzie będzie jakaś taryfa ulgowa. Umówiliśmy się, że nie będzie, pytania zebrałem publicznie na forum, zatem zaczynajmy. Dla Forumowiczów jerkbait.pl jest to okazja żeby usłyszeć coś z pierwszej ręki od owych „onych” z PZW a dla władz Okręgu mam nadzieję również możliwość poznania jakie sprawy interesują ich wędkarzy.

     
    KORMORANY
     
    Temat niestety bardzo na czasie, obrazki znad wody łamią serce. Wiemy że są okręgi PZW które np. wchodzą we współpracę z myśliwymi, uzyskują zezwolenia na odstrzał itp. 
     
    1.    Co jako Zarząd OM zrobiliście w ciągu ostatnich 4-lat  w sprawie kormoranów? Jakie działania podjęliście i dlaczego nie widać efektów tych działań ?
    Okręg w omawianym okresie uzyskał i posiadał zezwolenia na odstrzał kormorana czarnego w obrębach hodowlanych ośrodków zarybieniowych, ale też na terenie obwodów rybackich na Narwi ( w rejonie Gnojna, w rejonie Dzierżenina, od Dębego do Czarnowa, w Nowym Dworze Mazowieckim do ujścia do Wisły i na Wiśle do ujścia Narwi do ujścia Bzury). Prowadzono działania zgodnie z warunkami decyzji i złożono w terminie wymagane sprawozdania z ich realizacji.  Redukujemy populację kormorana zgodnie z tymi zezwoleniami oraz możliwościami organizacyjnymi i osobowymi. Jako jedyni w Polsce prowadzimy olejowanie jaj w koloni lęgowej. Jedyni bo reszta użytkowników nie próbowała uzyskać zezwolenia, nie uzyskała zezwolenia albo zrezygnowała ze względu na koszty i problemy techniczne. Zezwolenie nie tak łatwo jest dostać (Okręg początkowo dostawał odmowę i nie zmieniło tego odwołanie do Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Ale nie zrezygnowaliśmy i przez kolejny rok znów walczyliśmy o to zezwolenie. W omawianym okresie dysponowaliśmy ważnym zezwoleniem. Prowadziliśmy działania biorąc pod uwagę warunki, na jakich nam zezwolił Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Działamy w największej kolonii na śródlądziu (wyspa na Zb. Włocławskim), w bardzo trudnych warunkach - gniazda są na znacznej wysokości od kilku do kilkunastu metrów nad poziomem ziemi. Uważamy, że jesteśmy bardzo skuteczni: w ciągu dziesięciu lat udało nam się obniżyć liczbę wylęgłych piskląt o ponad 10 tysięcy osobników (około 4 tys. w okresie ostatnich 4 lat).  Ze względu na ogólnopolski wzrost liczebności populacji, nasze działania mogą wydawać się mało skuteczne, jednakże nie mamy wpływu na stada wędrowne, które pojawiają się na Mazowszu w różnych okresach roku, przylatując 
    z różnych kierunków kraju i zagranicy. Niestety w całej Polsce będzie rosła wielkość populacji kormorana czarnego - o ile nie nastąpi wyjęcie kormorana spod ochrony (ustawa o ochronie przyrody). Bez tego nie ma szans na skuteczne ograniczenie tej populacji. Jako Okręg, przekazujemy wszystkie nasze raporty i analizy do ZG PZW. Mamy informację, że ZG usiłuje wnieść problem na salę sejmową.
    2.    Pojawiają się głosy, że prowadzenie akcji zarybieniowych w czasie wiosennych oraz jesiennych migracji kormoranów było błędem/niegospodarnością i służyło dokarmianiu ptaków – jak się do tego ustosunkujesz ? Jeśli to był błąd to jakie wnioski na przyszłość? 
    W pierwszej kolejności należy odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jak wygląda cykl rozrodczy ryb, który jest ściśle powiązany z cyklem produkcyjnym materiału zarybieniowego. To właśnie biologia ryb determinuje terminy zarybień. Nie ma możliwości zarybiania wylęgiem szczupaka w okresie, w którym ten materiał po prostu nie występuje. Tak samo nie da się zarybić narybkiem jesiennym szczupaka latem, ponieważ w tym czasie również nie istnieje. Zarybienia muszą być prowadzone zgodnie z naturalnym cyklem rozwojowym ryb i tym kierujemy się 
    w naszej działalności. Wiosną zarybiamy zarówno materiałem ciężkim (narybek jesienny po przezimowaniu), jak i bardzo lekkim (wylęgi oraz narybek letni). Jesienią stosowany jest wyłącznie materiał ciężki. W praktyce oznacza to, że materiał zarybieniowy jest albo zbyt mały, aby stanowić atrakcyjny pokarm dla ptaków rybożernych (wylęgi i narybek letni), albo na tyle duży i ruchliwy, że jest trudny do schwytania i masowego wybrania przez kormorany. Materiał ciężki po wpuszczeniu do wód szybko rozprasza się w toni, co dodatkowo ogranicza ryzyko jego strat. Po każdym zarybieniu materiałem ciężkim teren jest standardowo monitorowany przez Społeczną Straż Rybacką. Do tej pory strażnicy nie zgłaszali żadnego przypadku, aby w związku z przeprowadzonym zarybieniem pojawiły się kormorany w rejonie, w którym materiał został wpuszczony. Należy również podkreślić, że Okręg jest zobowiązany do wykonania zarybień przewidzianych w operatach rybackich dla poszczególnych obwodów. Brak realizacji tych obowiązków lub wykonanie ich w niepełnym zakresie stanowi podstawę do rozwiązania umów rybackiego użytkowania obwodów. Materiał zarybieniowy do momentu wpuszczenia do wód pozostaje własnością użytkownika rybackiego, natomiast po zarybieniu staje się własnością Skarbu Państwa.

    ZARYBIENIA I GOSPODARKA RYBACKA
     
    3.    Dlaczego jest utrzymywana gospodarka rybacka/odłowy sieciowe na Jeziorze Zegrzyńskim? Dlaczego przez 4 lata nie byliście w stanie pozbyć się rybaka skoro wiecie że byłoby to spełnienie marzeń członków okręgu ?
    W momencie, gdy obecny Zarząd przejął kierowanie Okręgiem, na zbiorniku Zegrzyńskim funkcjonowały dwie brygady rybackie: jedna przy zaporze w Dębem, druga w ośrodku rybackim w Wierzbicy. Połowy prowadzone były przy użyciu narzędzi typu won-ton, których łączna długość sięgała niekiedy nawet 4 km. Obie brygady zostały zlikwidowane, a wraz 
    z nimi zakończono prowadzenie połowów gospodarczych ukierunkowanych na pozyskanie ryb na cele konsumpcyjne. Obecnie można stwierdzić, że na Jeziorze Zegrzyńskim praktycznie nie prowadzi się połowów rybackich. Wiosenne odłowy narzędziami pułapkowymi mają charakter selekcyjny i kontrolny, a więc nie stanowią połowu gospodarczego. Pozyskiwane w ten sposób ryby karpiowate (płocie, leszcze, krąpie) w stanie żywym trafiają na zarybienia tzw. drobnych wód, które charakteryzują się bardzo wysoką presją wędkarską. Część ryb, które nie nadają się do przerzutu z powodu objawów chorobowych, jest sprzedawana do Ogrodu Zoologicznego w Warszawie. Odłowy te są w pełni transparentne. Odbywają się pod nadzorem zainteresowanych wędkarzy naszego Okręgu, którzy mogą w nich uczestniczyć i obserwować cały proces. Ryby drapieżne są każdorazowo wypuszczane z powrotem do środowiska. Dzięki temu odłowy dostarczają aktualnej i wiarygodnej wiedzy o składzie gatunkowym oraz stanie sanitarnym ichtiofauny zbiornika.
     
    4.    Czy Okręg Mazowsze prowadzi własną produkcję materiału zarybieniowego sandacza? Czy możesz podać statystyki za ostatnie 4 lata jak wygląda ilościowe porównanie zarybień sandaczem w porównaniu do zarybień szczupakiem w Okręgu Mazowsze?

    Okręg, w zakresie dostosowanym do posiadanych możliwości produkcyjnych, prowadzi własną produkcję materiału zarybieniowego sandacza. Gatunek ten należy do najtrudniejszych 
    w hodowli, co dodatkowo podkreśla znaczenie i ambicję podejmowanych działań. Obecnie 
    w Ośrodku Hodowli Ryb w Ostrołęce prowadzone są zaawansowane próby chowu sandacza 
    w systemie RAS, natomiast od 2026 roku w nowym obiekcie hodowlanym w Nowodworze planowane jest uruchomienie produkcji stawowej tego gatunku, co znacząco zwiększy nasze możliwości w tym zakresie. W okresie kadencji udział wartości zarybień szczupakiem wyniósł 36,42%, a sandaczem 22,74% ogólnej wartości zarybień wszystkimi gatunkami ryb. Oznacza to, że tylko te dwa gatunki odpowiadały łącznie za 59,16% wartości wszystkich zarybień 
    w latach 2022–2025, co jednoznacznie pokazuje ich kluczową rolę w zarybieniach w naszym Okręgu oraz uzasadnia dalszy rozwój własnej produkcji materiału zarybieniowego.

    5.    Dlaczego po akcjach zarybieniowych nie są ustanawianie czasowe obręby ochronne / zakaz wędkowania na kilka tygodni od zarybienia? Dotyczy to w szczególności zarybień „dużym” drapieżnikiem który jest prosty do wyłowienia w okresie bezpośrednio po zarybieniu – czy to nie jest marnotrawstwo środków ?

    Obręb ochronny ustanawia marszałek województwa. Okręg może wprowadzać czasowy zakaz wędkowania - każdorazowo jego czas, zakres i formę określa Zarząd. Każdy zakaz wymaga jego egzekwowania, a to zależy od aktywności wędkarzy i strażników w Kołach. Okręg Mazowiecki PZW w Warszawie jest organizacją społeczną i jego siłą jest świadomość ekologiczna, odpowiedzialność i aktywność jego członków. Gdyby wprowadzać zakaz wędkowania na kilka tygodni po każdym zarybieniu, to w przypadku Jeziora Zegrzyńskiego wędkowanie byłoby możliwe przez kilka miesięcy w roku. Z pewnością zrodziłoby to więcej złych zjawisk niż przyniosło korzyści. Na niewielkich zbiornikach tzw. wodach drobnych po tego typu zarybieniach – koła będące opiekunem wody występują o ogłoszenie zakazu połowu na pewien ustalony czas. W przypadku dużych zbiorników zaporowych i rzek ogłoszenie kilkutygodniowego zakazu połowu – szczególnie w okresie jesiennym będącym głównym czasem połów ryb drapieżnych jest zupełnie nie do przyjęcia, szczególnie gdy zarybienie jest przeprowadzone w sposób prawidłowy tj. przez rozwożenie zarybianych osobników po całym zbiorniku.

    KONTROLE I OCHRONA WÓD

    6.    Czy Okręg Mazowsze wspierał rozprawy przeciwko kłusownikom a jeśli tak to z jakimi rezultatami? Czy możecie się pochwalić jakimiś sukcesami za ostatnie 4 lata, czy są dostępne jakieś  statystyki (ilości spraw, prawomocne wyroki).

    Okręg dysponuje profesjonalną obsługą prawną, której zadaniem jest zapewnienie pełnego wsparcia procesowego, w tym w sprawach dotyczących kłusownictwa rybackiego. W ciągu ostatnich czterech lat nasze straże, działając we współpracy z Policją oraz Państwową Strażą Rybacką, ujęły około dwustu sprawców tego procederu. W postępowaniach sądowych zasądzono na rzecz Okręgu blisko siedemdziesiąt tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia za wyrządzone szkody lub w formie nawiązek, przy czym część spraw nadal pozostaje w toku. Od około dwóch lat zmieniono również sposób podejścia do wyceny ryb pochodzących z aktów kłusownictwa. Oprócz wartości rzeźnej ryb uwzględnia się tzw. straty środowiskowe, czyli potencjał rozrodczy danego gatunku: ilość ikry, którą mogłyby wyprodukować odłowione osobniki, oraz liczbę ryb, które mogłyby się z niej wykluć. To właśnie ta wartość stanowi obecnie podstawę wyceny szkody. Niestety, postępowania dotyczące kłusownictwa są długotrwałe, dlatego na pełne efekty tej zmiany trzeba będzie jeszcze poczekać. Dodatkowym problemem jest fakt, że w wielu przypadkach skłusowane ryby zostają wypuszczone z powrotem do wody. W praktyce oznacza to, że skoro ryby „nie zostały skłusowane”, to szkoda na użytkowniku nie powstaje, a tym samym brak jest podstaw do zasądzenia nawiązki. Mimo tych trudności obserwujemy jednak pozytywną zmianę: coraz częściej sądy decydują się na zatrzymywanie kart wędkarskich. Jest to pewne novum, ale jednocześnie krok w stronę realnego odstraszania, ponieważ każda osoba łowiąca bez karty wędkarskiej staje się z mocy prawa kłusownikiem.

    7.    Jakie działania Zarząd OM w ciągu ostatnich 4 lat podjął w temacie SSR (liczebność, uprawnienia) oraz współpracy z PSR i Policją ? Jaka była liczba strażników oraz kontroli na początku kadencji Zarządu a jaka na koniec?

    W ostatnich czterech latach Zarząd Okręgu Mazowieckiego PZW konsekwentnie wzmacniał działalność Społecznej Straży Rybackiej, koncentrując się zarówno na doposażeniu strażników, jak i na wprowadzeniu jednolitych procedur raportowania oraz interwencji. Należy podkreślić, że zakres uprawnień SSR wynika bezpośrednio z Ustawy o rybactwie i w tym okresie nie uległ zmianie. Mimo to liczebność strażników wzrosła z 606 osób (w tym 519 aktywnych) na początku kadencji do 650 osób (w tym 568 aktywnych) na jej zakończenie. Równolegle Zarząd systematycznie wspierał Państwową Straż Rybacką, organizując wspólne patrole 
    z wykorzystaniem sprzętu Okręgu w szczególności samochodów, łodzi oraz paliwa. Co roku przeznaczano około 140 tysięcy złotych na dofinansowanie SSR w kołach oraz zakup specjalistycznego wyposażenia, takiego jak noktowizory, termowizory, latarki, kamery czy fotopułapki. Okręg dofinansował również zakup samochodów dla grup SSR oraz zakupił pojazd dla posterunku w Zegrzu.

    8.    Czy posterunek Straży w stanicy przy kole nr 13 ma szansę zostać stałym? Czy w ogóle funkcjonuje? Czy są/będą prowadzone działania na rzecz zaistnienia takiego posterunku obsługującego ZZ - Narew - Bug? 

    Posterunek funkcjonujący przy stanicy Koła nr 13 działa w pełnym zakresie i pozostaje aktywny. Okręg nie przewiduje żadnych zmian w tym zakresie. Zasięg działania posterunku nie jest ograniczony terytorialnie. Strażnicy pełniący służbę w oparciu o ten posterunek mają do dyspozycji samochód, łódź oraz szeroki zestaw specjalistycznego wyposażenia. 
    W przyszłości, po zakończeniu modernizacji portu w Wierzbicy, na który Okręg Mazowiecki pozyskał znaczące środki unijne, planowane jest przeniesienie posterunku do Wierzbicy. Lokalizacja ta zapewni korzystniejsze warunki logistyczne, w szczególności w zakresie skutecznego nadzoru nad obszarami Narwi i Bugu.

    9.    Na rok 2026 Zarząd OM wprowadził tzw. wymiary widełkowe co jest niewątpliwie krokiem w bardzo dobrym kierunku  - przykładowo dla okonia taki wymiar wynosi od 18 do 35 cm. Czym kierowano się jednak ustanawiają limit ilościowy dla okonia w ilosci aż 15 sztuk podczas gdy np. dla karasia pospolitego limit ten wynosi 5 sztuk?  

    Zarząd Okręgu Mazowieckiego, wprowadzając na rok 2026 wymiary widełkowe, kierował się przede wszystkim biologią poszczególnych gatunków oraz strukturą ich populacji w wodach okręgu. Okoń jest gatunkiem bardzo liczebnym, szybko dojrzewającym i często dominującym 
    w zbiornikach, w których brakuje drapieżników wyższego rzędu. W wielu wodach Mazowsza obserwuje się zjawisko przeokoniowania, czyli nadmiernej liczby drobnych osobników, które konkurują między sobą i hamują wzrost całej populacji. W takich warunkach umiarkowany odłów mniejszych ryb jest wręcz korzystny dla równowagi ekosystemu. Jednocześnie wprowadzenie widełek 18–35 cm powoduje, że realny odłów ryb mieszczących się w tym przedziale jest mniejszy niż dawniej, ponieważ zarówno najmniejsze, jak i największe okonie są chronione, a udział ryb „w widełkach” w populacji jest ograniczony. W praktyce oznacza to, że zabranie 15 sztuk okoni spełniających wymiar jest rzadkie i nie stanowi zagrożenia dla populacji. W przypadku karasia pospolitego sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Gatunek ten jest dziś lokalnie zagrożony, wypierany przez karasia srebrzystego i hybrydy, a jego populacje w wielu wodach OM są szczątkowe. Z tego powodu limit pięciu sztuk pełni funkcję ochronną, a nie regulacyjną. Limit 15 sztuk dla okonia jest więc kompromisem, który przy obowiązujących widełkach pozostaje bezpieczny dla populacji, a jednocześnie jest prosty do stosowania 
    i kontroli.

    SPRAWY ZWIĄZKOWE

    10.    Okręg Mazowsze przejął od Wód Polskich trochę małych wód na terenie Łodzi. Czy wobec tych wód zostały podjęte już jakieś działania ? Jakie działania są planowane ?

    Wody, którymi Okręg gospodaruje na terenie byłego Okręgu Łódzkiego, to akweny pozyskane w drodze konkursów ofert na użytkowanie obwodów rybackich (Bzura nr 1 oraz – od 1 stycznia 2026 r. – Ner nr 1), a także wody będące własnością Okręgu jako tzw. wody drobne. Ze względu na bardzo niewielką powierzchnię wód w rejonie Łodzi, wody pozaobwodowe są intensywnie zarybiane w celu zwiększenia ich atrakcyjności wędkarskiej. Na wodach stanowiących obwody rybackie realizowane są zarybienia wynikające z obowiązujących operatów rybackich. 
    W bieżącym roku zbiorniki wchodzące w skład obwodu rzeki Ner nr 1 będą zarybiane zgodnie z aktualnym operatem rybackim. Akweny te zostaną również objęte ochroną przez Społeczną Straż Rybacką we współpracy z Państwową Strażą Rybacką. Regulacje dotyczące zasad amatorskiego połowu ryb na tych wodach zostały już ujęte w zezwoleniu na amatorski połów ryb wędką na rok 2026.
     
    11.    Dlaczego jest tak mało porozumień z innymi okręgami, a jeśli już są to na mało atrakcyjnych zasadach. Z szczególnym naciskiem na okręg ciechanowski z którym nie ma porozumienia, a który wydaje się być najbardziej wyczekiwanym porozumieniem dla wędkarzy z OM.

    Mała liczba porozumień, w tym brak porozumienia z okręgiem ciechanowskim, wynika z tego, że Ciechanów nigdy nie wystąpił do Okręgu Mazowieckiego z propozycją współpracy, a każdy okręg działa w modelu samofinansowania, w którym OM ponosi znacznie wyższe koszty utrzymania i zarybiania blisko 30 000 ha wód niż okręgi o dużo mniejszej powierzchni, przez co porozumienia byłyby dla OM finansowo niekorzystne, dlatego zawierane są jedynie porozumienia na wody graniczne, realnie ułatwiające wędkowanie lokalnym wędkarzom.

    12.    Ile w 2025 roku wyniosły koszty usług prawnych z podziałem na podmioty oraz czego dokładnie dotyczyły poszczególne zlecenia?

    Okręg od początku kadencji współpracuje z jedną kancelarią prawną na podstawie korzystnie wynegocjowanej umowy kompleksowej obsługi prawnej, w ramach której kancelaria realizuje pełne spektrum zadań prawnych stojących przed Zarządem Okręgu — od sporów majątkowych i spraw dotyczących użytkowania wód, przez postępowania wynikające z ustawy o rybactwie śródlądowym, aż po ekspertyzy, opinie, pełnomocnictwa oraz reprezentację przed sądami 
    i organami administracji państwowej i samorządowej — a całość tej obsługi generuje koszty niższe niż zatrudnienie jednego pracownika na pełnym etacie.
     
    13.    Jaki jest sens stosowania rejestrów odwiedzin wód związkowych i obowiązkowe wpisywanie daty oraz łowiska jeśli ktoś stosuje się w 100% do zasady no-kill ?  
     
    W ramach zasad racjonalnej gospodarki rybackiej prowadzonej w obwodzie, a także zgodnie 
    z obowiązującymi przepisami dotyczącymi dokumentowania działalności użytkownika rybackiego, istnieje obowiązek monitorowania frekwencji osób wędkujących na danym obszarze. Obowiązek ten wynika również z uchwały Krajowego Zjazdu Delegatów PZW, która nakłada na wszystkie okręgi konieczność prowadzenia ewidencji osób korzystających 
    z obwodów rybackich. Informacje o dobowych limitach połowu określone są w operatach rybackich stanowiących załączniki do umów o użytkowanie obwodów rybackich.

    14.    .Jaka jest łączna kwota ze składek na wody górskie w Okręgu Mazowsze, ilu wędkarzy ją opłaca i jaka kwota faktycznie jest przeznaczana na gospodarowanie wodami górskimi - tj. zarybienia, ochronę, może budowę tarlisk?

    W 2025 roku do kasy Okręgu wpłynęło nieco ponad 30 tys. zł z tytułu składki na wody górskie, którą wniosło 570 wędkarzy. Jednocześnie koszty zarybienia tych wód pstrągiem potokowym wyniosły ponad 45 tys. zł. Dodatkowo należy uwzględnić wydatki związane z ochroną wód  
    w tym patrole, wyposażenie strażników, inwentaryzację i ochronę tarlisk, które można oszacować na co najmniej 15 tys. zł.

    15.    Czy Zarząd Okręgu Mazowsze podjął/podejmie działania zmierzające do wprowadzenia całkowitego "no kill" dla wędkarzy łowiących z systemami live względnie ograniczenia możliwości łowienia z „kamerą” tak jak to się dzieje na niektórych łowiskach zagranicznych?

    Zarząd Okręgu Mazowieckiego PZW na bieżąco monitoruje dyskusję dotyczącą stosowania systemów „live” oraz kamer podwodnych w wędkarstwie. Temat ten jest szeroko komentowany zarówno w Polsce, jak i za granicą, a część europejskich łowisk wprowadza własne ograniczenia wynikające ze specyfiki lokalnych populacji ryb oraz presji wędkarskiej. Na chwilę obecną Okręg Mazowiecki nie prowadzi prac nad wprowadzeniem całkowitego zakazu („no kill”) dla wędkarzy korzystających z technologii live ani nad odrębnymi ograniczeniami dotyczącymi łowienia z użyciem kamer. Ewentualne decyzje w tym zakresie muszą być poprzedzone rzetelną analizą wpływu tych technologii na populacje ryb w warunkach naszych wód, oceną presji wędkarskiej i realnych zagrożeń dla gospodarki rybacko-wędkarskiej, konsultacjami z komisjami okręgowymi, środowiskiem wędkarskim a także z ichtiologami. Zarząd Okręgu podkreśla, że każde ewentualne ograniczenie musi być proporcjonalne, uzasadnione biologicznie i możliwe do egzekwowania, aby nie prowadziło do niepotrzebnych konfliktów ani niejasności interpretacyjnych. Jednocześnie Okręg pozostaje otwarty na dalszą analizę. Zarząd z pewnością podejmie stosowne działania, w tym rozważenie wprowadzenia odpowiednich regulacji.

    16.    Dlaczego Zarząd Okręgu Mazowsze nie rozwija sportu (głownie pytanie do spinningu) np. poprzez poszerzanie rejonów zawodów okręgowych? Aktualnie są 3 zawody z łodzi brzegowe, ciągle w tych samych sektorach, brak sensownych nagród. Czy nie można rozwoju sportu finansować środkami pozyskanymi od sponsorów jeśli większość jest przeciwna przeznaczaniu składek na sport ?

    Okręgowy Kapitanat Sportowy rozważał organizację zawodów na innych wodach niż Jezioro Zegrzyńskie, biorąc pod uwagę m.in. . Zbiornik Włocławski oraz jeziora powiatu szczycieńskiego. Po przeprowadzeniu szczegółowej analizy uznano jednak, że Zbiornik Włocławski jest akwenem zbyt niebezpiecznym ze względu na dużą zmienność warunków pogodowych, co w przypadku zawodów z łodzi stwarza realne ryzyko dla uczestników. Jeziora powiatu szczycieńskiego również nie okazały się odpowiednie, ponieważ dysponują ograniczoną infrastrukturą i brakuje tam sprzętu pływającego wymaganego przez ZOSW. Dodatkowo wysoka frekwencja na zawodach sprawia, że mniejsze akweny nie są w stanie bezpiecznie pomieścić tak dużej liczby zawodników. Pozyskiwanie sponsorów również nie jest zadaniem prostym, ponieważ firmy często mają własne oczekiwania dotyczące świadczeń 
    i ekspozycji, co w praktyce generuje dodatkowe koszty organizacyjne. Nie można się jednak zgodzić ze stwierdzeniem, że nagrody w zawodach są niesatysfakcjonujące - ich obecna forma i wartość są dobrze oceniane przez zawodników. Warto także pamiętać, że nagrody nie są jedynym elementem systemu sportowego: z cyklu zawodów wyłaniane są kadry reprezentujące Okręg na arenie krajowej, a najlepsi zawodnicy otrzymują stypendia sportowe, które stanowią realne wsparcie i motywację.
     
    17.    Jakie działania Okręg Mazowsze w ciągu ostatnich 4 lat podjął w sprawie slipów ? Aktualnie stanice PZW oraz te w rękach prywatnych mocno lobbują aby wszystkie slipy darmowe zostały zamykane i idzie im to bardzo skutecznie np. w przypadku Jeziora Zegrzyńskiego, dodatkowo narzucając opłaty jednorazowe dla członków PZW w kwocie 70pln za dzień. Okręg ma kompetencje aby wnioskować o takie miejsca do gmin jak z nich skorzystał ?

    Gminy w zdecydowanej większości nie są zainteresowane utrzymywaniem slipów ani ponoszeniem kosztów związanych z ich funkcjonowaniem. W praktyce, aby w ogóle zrealizować taki obiekt, konieczne jest najpierw wydzierżawienie terenu od PGW Wody Polskie, co wiąże się z corocznymi opłatami i obowiązkiem utrzymania nieruchomości. Następnie trzeba uzyskać komplet pozwoleń wodnoprawnych, przygotować operaty i dokumentację techniczną, a po wykonaniu slipu ponosić stałe koszty jego utrzymania, konserwacji i ewentualnych napraw. Jest to więc przedsięwzięcie złożone, kosztowne i obciążone wieloma formalnościami, dlatego wymaga każdorazowo szczegółowej analizy zarówno pod kątem finansowym, jak 
    i organizacyjnym. W trakcie bieżącej kadencji Okręg kierował wnioski do różnych gmin 
    o realizację lub utrzymanie slipów dostępnych dla wędkarzy i mieszkańców. Niestety, mimo podejmowanych prób, inicjatywy te nie uzyskały akceptacji lokalnych władz, które nie były skłonne przejąć na siebie obowiązków związanych z taką infrastrukturą.
     
    18.    Piotrek jak się zmienia punkt widzenia w zależności od punktu siedzenia? Kilka lat temu o PZW mogłeś mówić tak jak większość członków „ONI”, od kilku lat perspektywa mocno zmieniła Cię się pewnie na „MY”. Czy trudno jest coś osiągnąć / zrealizować w takim Zarządzie Okręgu, od czego to zależy? Czy nie zniechęca bierność członków czy też nie ma to większego znaczenia tak długo jak opłacają składki (jak wiesz jest pewien spór „koncepcyjny” na forum czy związek wędkarski funkcjonuje jeszcze jako stowarzyszenie czy tylko jako pośrednik w sprzedaży zezwoleń na wędkowanie?)
     
    Te kilka lat to już ok 12, bo najpierw zacząłem działać w kole 62 Potok, a później poszedłem dalej. Faktycznie jak u większości działało i u mnie “ONI”, “MY”, jednak to było zanim zainteresowałem się działalnością w PZW. Dopiero zapoznanie się z zasadami działalności i statutem PZW pokazało jak bardzo się myliłem, nie ma czegoś takiego jak “ONI”. Związek tworzą wędkarze i każdy ma prawo głosu, tylko większość członków PZW o tym nie wie lub udaje że nie wie bo tak jest wygodniej, łatwiej przecież zrzucić na kogoś winę.
    Ja postanowiłem świadomie podejść do sprawy, najpierw przeniosłem się do koła które było mi najbliższe ze swoimi działaniami. Skupiało wędkarzy spinningowych i muszkarzy stosujących C&R. Po jakimś czasie zostałem wiceprezesem koła, a w kolejnej kadencji delegatem koła na Zjazd Delegatów OM PZW.
    Tam na mojej drodze znalazł się kandydat na prezesa który swoimi słowami i planem działania przekonał mnie do kandydowania do zarządu okręgu, traf chciał że delegaci wybrali mnie do Zarządu Okręgu Mazowieckiego PZW.
    Tak rozpoczęła się moja działalność w strukturach okręgu, od początku działalności dążyłem do realizacji postawionych sobie celów czyli wprowadzenia widełkowych wymiarów gospodarczych dla drapieżników i dążenie do likwidacji odłowów rybackich na wodach OM PZW. Dzięki temu, że w składzie zarządu byli wędkarze z krwi i kości, stopniowo te plany były realizowane. 
    Co do “łatwości” realizacji to nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, bo każda sprawa jest inna. Wiele z nich zostało rozwiązanych w moment, ale są też takie które trwają latami. I nie chodzi o niechęć czy opieszałość, zarząd zajmuje się wieloma sprawami w których jest dużo uzależnień od prawa i innych instytucji. 
    Co do bierności członków to jest to chyba problem każdego stowarzyszenia, nie patrząc na dziedzinę życia. Tak jak w innych stowarzyszeniach tylko kilka procent członków jest aktywnych, a reszta to praktycznie “konsumenci”. Niestety większość członków PZW nie zna organizacji do której należy, a szkoda bo właśnie oni mają najwięcej możliwości. Dlatego ważna jest rola edukacji na poziomie kół, przecież to koła i ich członkowie na poziomie lokalnym wiedzą najlepiej co trzeba zrobić na ich wodach. Wiadomo w dużych kołach miejskich jest to ciężkie do zrozumienia bo tam jest większa anonimowość członków ale to właśnie duże koła mają największy głos.
    Wiem, że większość wędkarzy traktuje związek jako “pośrednika sprzedaży zezwoleń” ale moim zdaniem jest to złe i na pewno nie jest tak traktowane przez Zarząd Okręgu Mazowieckiego PZW. Wiemy jak ważną rolę odgrywa każdy członek.
    Patrząc nawet na sytuację z ostatniej chwili, czyli mróz i przyduchy, gdyby nie aktywni członkowie kół, wiele wód przeżyłoby dramat związany ze śmiercią ryb. Ilu pracowników musiałby posiadać okręg, aby dopilnować kilkadziesiąt tysięcy hektarów wód rozsianych na terenie kilku województw. 
    Piotrek - dziękuję za rozmowę. 
    @friko, 2026
     

  • Holandia w trzech aktach.

    By BOB, in Relacje,

    Banner image:
    Sporo lat minęło od mojej pierwszej wizyty u naszego forumowicza Adama (@deejaybiały)  w Holandii   https://jerkbait.pl/index.html/relacje/weekend-w-hertogenbosch-r386/
    Tym razem, Adam zaprasza na jesień. Razem z moim przyjacielem Darkiem, podejmujemy szybką decyzję…jedziemy! Umawiamy się na dłuższy pobyt u Adama, podczas którego planujemy złowić wreszcie holenderską rybę. Adam regularnie przysyła mi zdjęcia swoich połowów, więc nadzieje są spore…ale po kolei.
    Celem podróży jest Hertogenbosch ( nazywane też Den Bosch). Deszczowym, mglistym i dość paskudnym świtem 15go października ruszamy. Jedziemy, jedziemy, jedziemy i tak można to powtórzyć 1200 razy!

    Pierwszy przystanek zaliczamy dość szybko bo już na wysokości Łodzi. Mamy tam umówione spotkanie z Hubertem (@hubertus). Darek odbiera zamówioną, zajefajną sandaczówkę ukręconą przez Huberta a ja przekazany mi od Kamila (@mekamil), mojego stałego „zaopatrzeniowca” „mojej szafy”, fabryczny zestaw z multikiem, szwedzkiej firmy Victory. Ja przekazuję dla Kamila książkę Stanisława Ciosa „Szczupak”. Super początek wycieczki.


    Pogoda się poprawia, droga bez problemów, gra fajna muzyczka, Darek nawiguje. Mój samochód, którym po raz pierwszy robię taką trasę, spisuje się świetnie. Przed 20tą, tylko lekko zmęczeni jesteśmy u Adama.
    Akt pierwszy.
    Czwartek. Adam, nasz gajd  dzisiaj musi iść do pracy, więc my mamy w planie zwiedzanie miasteczka. Hertogenbosch to urocze miasto. Taka Holandia w miniaturze. Miasto nie ucierpiało podczas II wojny tak jak np. niedaleki Rotterdam, więc zachowany jest jego dawny charakter i wiele oryginalnych starych zabytków. Rodowód miasta robi wrażenie, gdyż prawa miejskie otrzymuje już w XII w. Było to wtedy miasto warownia, otoczone murem, wałami obronnymi, fosami i kanałami. Jego bezpieczeństwa strzegły liczne stanowiska artyleryjskie. Wiele z nich zachowało się do dzisiaj. Pierwszym, odwiedzonym przez nas miejscem był oczywiście … sklep wędkarski. Zaopatrzenie nie odbiega od tego co możemy znaleźć w naszych sklepach, ale trzeba było coś kupić, tak dla zasady.






    Kierujemy się na stare miasto. Po drodze mijamy klimatyczne sklepiki gdzie można nie tylko kupić, ale i degustować oferowane wyroby (np.. sery), małe galerie sztuki i oczywiście musimy pamiętać, że tutaj rowery są wszędzie! Darek, który w Polsce dużo jeździ na rowerze jest stale czujny. Wypatruje ciekawe modele, ocenia, czasem cmoka z uznaniem. Każdy sklep rowerowy (a jest ich oczywiście sporo) to obowiązkowy przystanek. Piękne miasto z różnorodnym, własnym klimatem.
















    Obiektem, który trzeba obowiązkowo zobaczyć jest budowana od XIII w, katedra Św. Jana. Imponująca, przepiękna budowla.







    Kolejne kroki kierujemy na stary rynek. Tutaj znajduje się ratusz z XVII w, pręgież, studnia miejska, najstarszy w Holandii budynek mieszkalny „de Moriaan” wybudowany z cegły w XIII w, dom rodzinny Hieronima Boscha oraz jego pomnik. Ten wybitny artysta, znany i ceniony na cały świecie, przyjął nazwisko właśnie od nazwy miasta, w którym się urodził i zmarł. Tutaj tworzył swoje niesamowite dzieła malarskie i czynnie angażował się w życie i administrowanie swoim miastem.





    Hieronima można nazwać symbolem Hertogenbosch. Pamięć o nim nie przemija i w wielu miejscach można wypatrzeć współczesne świadectwa tej pamięci.



    Ale zabytki i historia, niewątpliwa strawa dla ducha, to nie jedyne, istotne atrakcje, które można znaleźć na starym rynku. Znajdziemy tutaj coś dla ciała … kibbeling! Kiedy podczas mojej pierwszej wizyty, Adam powiedział mi „jedziemy do miasta na kibeling”, miałem zapewne jak wielu z was, jedno proste skojarzenie i  lekko głupią i zszokowaną minę ?!
    A kibbeling to po prostu przepyszne, smażone w cieniutkim, chrupiącym cieście kawałki ryby morskiej (dorsz?). Serwowany jest w budkach na rynku i smażony w głębokim oleju na bieżąco przy każdym zamówieniu. Gorący, pachnący, po prostu i dosłownie palce lizać!!! Na takim stoisku można kupić i inne ryby, przygotowane do spożycia na miejscu jak i na wynos. Naprawdę, warto było przejechać 1200km.






    Po posiłku, usiedliśmy w ogródku kawiarni. Miło jest popatrzeć na wyluzowanych, uśmiechniętych ludzi, popijając holenderskie piwo i kawę.


    Któregoś dnia, Adam stwierdził, że musimy zobaczyć Holandię z „prawdziwymi” wiatrakami. Pojechaliśmy do małego miasteczka Hausden nad rzeką Maas. Cóż za cudowne miejsce. Pomimo późnej pory i tak zrobiło na nas ogromne wrażenie. Były wiatraki, port z pięknymi łodziami i jachtami, urocze uliczki i posezonowy spokój. To również miasteczko obronne z zachowanymi murami obronnymi i fortyfikacjami.


















    Akt drugi
    Piątek, sobota, niedziela. W piątek Adam wziął dzień wolny w pracy, więc zaczynamy przygodę wędkarską. Nie będę trzymał was w niepewności i oczekiwaniu na fotografie taaakich ryb. Nic z tego. Trafiliśmy na całkowitą zapaść w ich aktywności i chęci do współpracy. Adam obwoził nas po kanałach, kanałkach, jeziorkach, starorzeczach połączonych z rzeką, ale niestety złowiliśmy wielkie nic. Łowiliśmy z brzegu w płytkich i bardzo płytkich akwenach oraz takich z wodą ok 3m. Lekko płynącej i stojącej. Obserwowaliśmy Holendrów na „wypasionych” łódkach, ale nie zauważyliśmy aby oni coś łowili. Widzieliśmy również karpiarzy. Czy coś łowili? Adam sięgnął nawet po paproszki, na które zawsze potrafił wydłubać piękne klenie, okonie i zaliczał szczupakowe obcinki. To też dało raczej symboliczne wyniki. Wody wyglądają świetnie, ale nasze 8-9 godzin spędzonych każdego z trzech dni nad nimi nie dało nam ryb. Moje dwa szczupaczki po ok. 65 cm i dosłownie jedno pstryknięcie sandaczowe, traktuję jak nagrodę pocieszenia. Dwa dni po naszym powrocie do Polski, Adam przysłał mi zdjęcia fajnych okoni i szczupaków, które złowił w tych samych miejscach, na których my „polegliśmy”. Co zrobić? Takie potrafi być wędkarstwo. Cieszę się, że jednak udało mi się zaliczyć holenderską rybę, w dodatku „rozdziewiczając” nabytą nową wędkę i multiplikator























    W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się aby zrobić zakupy i zaliczyliśmy jeszcze raz kibbeling (nie sposób sobie odmówić) oraz kupiliśmy na wynos śledzie. Wraz ze smażonymi kaniami, zbieranymi nad jeziorem, stanowiły super przystawkę kolacyjną



    Któregoś dnia, po powrocie z ryb, Adam pokazał nam, że nawet w kanałkach znajdujących się na terenie jego osiedla można próbować łowić ryby … i on je tam wielokrotnie łowił również na muchę. Niestety nie tym razem



    Na rybach polegliśmy to fakt, ale nadzieja umiera ostatnia. Już pojawił się nowy pomysł. Może na następny wyjazd wypożyczymy łódkę i obłowimy nieosiągalne z brzegu akweny? Może?!
    Akt trzeci
    Sobota przed południem. Teraz mój główny cel wyjazdu do Holandii czyli jesienna edycja giełdy starego sprzętu wędkarskiego (i nie tylko starego). Tym razem giełdę zorganizowano na parterze dużego hotelu. Trzy duże sale wypełnione stoiskami. Wszystkie stanowiska zostały wykupione przez sprzedawców. Byliśmy tam tylko dwie godziny, które upłynęły mi ekspresem. Ogarnięcie tego wszystkiego w tak krótkim czasie było właściwie niemożliwe, ale wiedziałem, że chłopaków ciągnie nad wodę. Jak tu wyłowić perełki do szafy? Oczywiście wzrok miałem wyostrzony na firmę Arjon. Niestety nic nie wypatrzyłem. Po pierwszym przejściu całej giełdy i kupnie woblera Salmo i Rapala, mam upatrzone kilka pozycji wartych zastanowienia i podjęcia decyzji. A nie jest łatwo zadecydować, które ABU warte jest grzechu i większego wydatku? Na całe szczęście jest nieoceniony Kamil. Wykonuję kilka telefonów i przesyłam zdjęcia do niego prezentując co mnie zainteresowało. Potem konsultacje. Wreszcie zapada decyzja, że jak coś kupić to z klasą. Kamil ma innego faworyta, ale jego cena, sporo przekracza planowany przeze mnie wydatek. Może następnym razem? …bo ziarenko zostało zasiane i obawiam się, że będzie kiełkowało! Kupiony multik ABU trafił jeszcze tego samego dnia nad holenderską wodę a teraz już znalazł swoje miejsce w szafie. Jestem zadowolony



















    Muszę jeszcze dodać, że już jadąc do Holandii, wiedziałem, że czeka na mnie przepiękna klejonka castingowa firmy Arjon. Wspaniały stan zachowania, oryginalny pokrowiec, wszystkie oryginalne przelotki i omotki. Ten piękny kijek, Adam wypatrzył i kupił mi w Holandii jakiś czas temu. Więc już wyjeżdżając z Warszawy, wiedziałem, że będzie sukces! Do tego dostałem od Adama w prezencie, śliczną wahadłówkę DAM. Czyli wyjazd na bogato.


    Podsumowując ten wyjazd, muszę rozpocząć od podziękowań dla Adama. Adaśku, dziękuję za zaproszenie, goszczenie nas i obwożenie po łowiskach. Zapewniłeś nam wspaniałą przygodę we wspaniałej atmosferze. Kłaniam się do samej ziemi. To że nie połowiliśmy to już nie Twoja wina … ryby trzeba umieć łowić. Może następnym razem? Osobiście jestem zadowolony w pełnym wymiarze. Dużo zobaczyłem, łapy przez chwilę pachniały rybą, zrobiłem zacne zakupy. Nawet pogoda dopisała. Było dość ciepło, nie padało i lekko wiało (tylko ryby tego nie doceniły). Zaskoczyło mnie również w jak dobrej formie zniosłem kierowanie „na raz” takiego dystansu. Poniedziałkowy powrót przebiegł równie gładko jak droga do pięknego Hertogenbosch. Myślę, że to nie ostatni wyjazd do Holandii. Wszak już wiadomo kiedy za rok jest kolejna giełda, a spotkanie z Adamem to prawdziwa przyjemność.

  • Udało się! Nareszcie nasz okaz, na który tyle polowaliśmy, znalazł się na brzegu. Jest piękny, ogromny i cudownie ubarwiony. Wołamy kolegę, również go podziwia. I nagła konsternacja, co teraz? Część z nas wypuści rybę i zachowa wspomnienia dla siebie, nie przejmując się tym, że nikt i tak nie uwierzy. Część weźmie swoją zdobycz do domu, by pochwalić się przed innymi. Jednak i w tym przypadku pamięć po cudownym trofeum rozpłynie się wraz z ostatnim kęsem w naszych ustach. O przepraszam, niektórzy jeszcze wykonają „piękne” zdjęcie na tle meblościanki z kotkiem i pieskiem przy nogach i obowiązkowo z naszą pociechą, jeśli takową posiadamy.


    Istnieje jednak sposób na zachowanie zdobyczy w naszej pamięci na wiele, wiele lat, w dodatku bez uszczerbku na jej zdrowiu. Wykonajmy zatem zdjęcie nad wodą, bezpośrednio na łowisku. A oto kilka podstawowych zasad, którymi warto się kierować.

    Magia pikseli, czyli dwa słowa o sprzęcie
    Każdy początkujący fotoamator z pożądliwością najpiękniejszej kobiety ogląda supercyfrowe lustrzanki z matrycami wielu milionów pikseli, tkwiąc w przekonaniu, że jeśli staną się posiadaczami tego sprzętu, to super zdjęcia zrobią się same. Wiem, że tak jest, bo i ja byłem jednym z nich. Naszą przygodę z fotografią cyfrową proponuję zacząć od popularnej „małpki”, czyli od sprzętu prostego i taniego, którym da się wykonać poprawne zdjęcia, a który nie obarczy nas skomplikowanymi ustawieniami. W tej gamie produktów każdy producent ma bogatą ofertę, a ceny zaczynają się już od 500 zł. Matryca takiego aparatu ma najczęściej ponad 4 mln pikseli, więc jest wystarczająca do zdjęć nawet formatu 15X20, nie mówiąc już o standardowej odbitce 10X15, czy publikacji w internecie. W tego typu aparatach najczęściej nie ma ustawień manualnych, jednak liczba programów tematycznych daje nam szanse na odnalezienie się prawie w każdej sytuacji. Zaletą tego typu sprzętu jest cena i niewielkie rozmiary.



    Drugim przykładem nieco bardziej zaawansowanych aparatów fotograficznych jest połączenie „małpki” z lustrzanką. Sprzęt taki popularnie nazywany jest hybrydą. Ceny takiego sprzętu zaczynają się od 1500 do około 3000 zł. Dysponujemy tu zwykłym programami tematycznymi dla amatorów, które pomogą nam wykonać poprawne zdjęcie. Dodatkowo w przeciwieństwie do prostych aparatów mamy także do dyspozycji nieskończoną liczbę ustawień manualnych. Matryce w tego typu sprzęcie zaczynają się z reguły od 6 milionów i na dzień dzisiejszy dochodzą nawet do 10 milionów pikseli. Uważam, że tego typu sprzęt jest obecnie najlepszy do naszych celów ze względu na względnie zwartą budowę, niezły zoom optyczny oraz świetne obiektywy. Dodatkowym plusem jest praktycznie brak osprzętu dodatkowego, który musielibyśmy nosić, a w naszym przypadku (spinningiści) waga ma ogromne znaczenie.
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/002.jpg


    Ostatnią grupa aparatów są klasyczne lustrzanki. Tutaj nie mamy żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o jakość, ogniskową, ustawienia itp. Lustrzanki posiadają dwie ogromne wady. Jedną z nich jest cena potrzebnego zestawu, a drugą waga sprzętu. Przeglądając ceny, ktoś powie, że dobra hybryda kosztuje 2500 zł, czyli podobnie jak lustrzanki uznanych firm, więc pomęczę się z noszeniem i kupię sobie lustrzankę. Nic bardziej błędnego. Kupując hybrydę, mamy zestaw na każda okazję ze względu na obiektyw. Kupując zaś body lustrzanki, mamy dopiero najtańszą część ekwipunku. Z moich doświadczeń wynika, że aby odnaleźć się niemal w każdej sytuacji nad wodą potrzebne będą minimum 3 obiektywy i lampa błyskowa, a to znacznie zwiększa ciężar zestawu. Wiem, ponieważ sam noszę taki zestaw, a cena całego kompletu jest znaczna. Obiektywy dołączone do tak zwanych „kitów” są plastikowe i bardzo słabej jakości, więc praktycznie ich nie używamy.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/003.jpg


    Podsumowanie rozważań sprzętowych

    Wędkarzy robiących do tej pory zdjęcia w łazience, na parkingu, w przedpokoju itp., zdecydowanie zachęcam do kupna aparatu choćby za 500 zł. Zwykłego, prostego, który zmieści się w każdej kieszeni, a pozwoli na wykonanie świetnego zdjęcia naszej zdobyczy zaraz po wyjęciu jej z wody. Wtedy nasz okaz prezentuje się najpiękniej. Dla kolegów, którzy mają odrobinę zmysłu fotograficznego i chwalą się swoimi zdjęciami czy to w internecie, czy w prasie wędkarskiej, którzy chcą się rozwijać i starają się pokazać coś więcej na fotografiach, polecam „hybrydy”. Mają niewiele ograniczeń. Pozwalają natomiast na naukę kolejnego hobby po wędkarstwie - fotografii.

    W takim razie, dla kogo lustrzanki? Dla tych, dla których zrobienie dobrego zdjęcia jest równie ważne, a może i ważniejsze od złowienia pięknej ryby. Dla tych, dla których pasja zaczyna się po wyjęciu zdobyczy na brzeg, dla miłośników fotografii, którzy przy okazji wędkują.

    Dzień przed wędkowaniem

    Szykujemy sprzęt, przeglądamy nasze woblerki, zmieniamy żyłki na nowe, ostrzymy kotwice, szykujemy ubranie, by nie obudzić domowników o 4 rano. Planujemy łowisko, ostatnie esemesy z kolegami, gdzie się spotkamy, itd. I teraz w czasie tych całych przygotowań chcę Tobie zająć dosłownie 5 minut, tylko 5 z całego wieczoru. Sprawdźmy, czy mamy naładowane baterie. Jeśli nie, to podłączmy je na noc. Obejrzyjmy kartę, czy nie zostały nam jeszcze zdjęcia z ostatnich imienin teściowej. Jeśli tak, to zgrajmy do komputera, żebyśmy później nad wodą nie mieli dylematu, co ważniejsze – ryba, czy… sami wiecie. Jestem w stanie się założyć, że powyższe czynności nie zajęły nawet pięciu minut prawda? Dzięki temu jesteśmy gotowi na uwiecznienie naszej wyprawy. Proponuję zatroszczyć się jeszcze o miejsce, gdzie będziemy przechowywać nasz aparat w trakcie wędkowania. Najlepsze są do tego specjalne torby, które są względnie odporne na warunki atmosferyczne jak deszcz, śnieg. Musimy pamiętać, że nasz sprzęt bardzo nie lubi wody.

    Złowiliśmy rybę

    Nad wodą mamy dwa możliwe scenariusze. Pierwszy, gdy jesteśmy z kolegą. Nasz znajomy właśnie zaciął rybę. Normalnie w takiej sytuacji rzucamy wszystko i śpieszymy koledze na ratunek. STOP! Kolega jest wytrawnym wędkarzem i na pewno sobie poradzi bez naszej pomocy, ale możemy zrobić mu miłą niespodziankę. Szybko wyciągamy aparat, zajmie to nam łącznie z uruchomieniem kilka sekund. Oceniamy sytuację i zaczynamy pstrykać pierwszą serię zdjęć podczas holu. Uważam, że są to najciekawsze ujęcia, jednak chyba najtrudniejsze do wykonania. Moment podebrania ryby jest kolejnym ciekawym elementem do uwiecznienia. Zauważmy, że zanim ryba znajdzie się na brzegu, mamy już dwie serie zdjęć. Teraz możemy podejść do wędkarza i uwiecznić zdobycz z dumną i uśmiechniętą miną łowcy. Kilka kolejnych klatek zajmie nam ok. minuty. Następnie uwieczniamy delikatne wypuszczenie rybki i już możemy podziwiać nasze pierwsze zdjęcia w pełni naturalne i myślę, że bardzo ciekawe. Zdobycz i emocje związane z jej wyjęciem pozostaną na zawsze. Proste? Myślę, że tak. Jednak oglądam wiele zdjęć wędkarskich i naprawdę mało z nich spełnia te kryteria, a szkoda.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/019.jpg

     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/020.jpg

     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/021.jpg



    Drugi scenariusz - jesteśmy sami. Niestety, w tym przypadku możliwości mamy bardzo ograniczone i sprowadzają się one raczej do zdjęć portretowych. Od razu powiem, że nie musimy nosić ciężkiego statywu, choć jest on bardzo pomocny. Doskonałym jego zastępstwem może być nasz plecak, kawałek pnia, lub usypane kamienie. Zakładam, że chcemy, by nasza zdobycz wróciła żywa do wody. Można szybko wyjąć rybę i delikatnie ułożyć ją na trawie – NIE W PIASKU CZY NA KAMIENIACH, a następnie szybko przygotować aparat, ustawić na statywie (będę tak umownie nazywał naszą podporę do aparatu), włączyć samowyzwalacz i pstryknąć kilka zdjęć. Osobiście jednak postępuję nieco inaczej. Zaciętą rybę doholowuję do brzegu i jej nie podbieram. Luzuję żyłkę i kładę wędzisko na brzegu. (Wiem, że teraz wszyscy specjaliści od łowienia załamują ręce.) Następnie spokojnie ustawiam aparat. W miarę możliwości mogę dobrać odpowiedni plener. Mam na wszystko troszkę więcej czasu, a gdy wszystko jest gotowe, wyciągam rybę z wody i wykonuję szybko kilka zdjęć.
    Pamiętam, gdy kiedyś chodziłem za kleniami po Odrze. Regularnie, co kilka główek spotykałem ustawione wieżyczki z kamieni. Przyznam, że wtedy to dziwnie wyglądało, aż do pewnej rozmowy z Andrzejem Lipińskim, który opowiadał, że właśnie w taki sposób mocuje aparat. Nie muszę chyba mówić, że na kolejnym wypadzie doskonale wiedziałem, które główki są lepsze, a które gorsze.

    Pamiętajmy o kilku podstawowych rzeczach, które nam pomogą. Na pierwszym miejscu jest bezpieczeństwo ryby. Wszystkie czynności musimy wykonywać sprawnie i szybko. Bardzo pomocnym elementem w fotografii jest pilot samowyzwalacza do aparatu, bo dzięki niemu nie musimy odkładać ryby i biegać do statywu. Ponadto ostrość zawsze będzie dobrze ustawiona. Gdy nie korzystamy z pilota, ustawmy sobie kijek w miejscu, gdzie będziemy pozować. Pozwoli to nam ustawić poprawnie ostrość i kadr. Gdy na rybach jesteśmy sami, nigdy nie wykonamy tak ciekawych ujęć jak w towarzystwie kolegi, co nie znaczy, że nie warto próbować.

    Zanim naciśniesz
    Rozejrzyj się, dokładnie oceń miejsce, w którym wykonasz zdjęcia, czy na brzegu nie ma śmieci, reklamówek, butelek oraz innych elementów, które będą przykuwały uwagę widza, a niekoniecznie będą niezbędnymi elementami zdjęcia. Jeżeli łowisz w pięknej okolicy, pokaż ją na zdjęciu. Niech oglądający poczuje się tak, jakby tam był. Wykonaj to jednak z umiarem. Pamiętaj, że motywem przewodnim jest zdobycz, chyba że chcesz pokazać okolicę. Zrób to wtedy w taki sposób, żeby postać na fotografii była tylko dodatkiem. Musimy określić, co chcemy pokazać. Nie jesteśmy bowiem w stanie pokazać wszystkiego, bo wtedy osiągniemy w kadrze tylko chaos i bałagan. Niestety, często tak bywa, że okolica, w jakiej łowimy, jest mało estetyczna, wtedy właśnie kadrujmy ciasno, stosujmy małą głębię ostrości, a na tło dajmy wodę lub krzaczek. Róbmy wszystko, by zdjęcie wyszło jak najbardziej naturalne.

     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/004.jpg

    To zdjęcie wykonałem w centrum miasta. Ciasny kadr pozwolił mi na ujęcie, które wygląda, jakby było zrobione na Alasce.
    Kolejna zasada - pamiętajmy, że ryba na fotografii musi być żywa. Jeśli decydujemy zabrać zdobycz, uśmierćmy ją i od razu przystąpmy do zdjęć. Ktoś pewnie powie, że po wykonaniu ujęć mogę ją zabić. Tak, ale pamiętajmy, że przecież jesteśmy etycznymi wędkarzami-fotografami, więc po co mamy męczyć rybkę?
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/005.jpg

    Jak ważne jest, by ryba była żywa, doskonale widać na tej fotografii. Było idealne światło, doskonały model i wielki boleń, jednak zdjęcie w efekcie jest nie do przyjęcia. Właśnie ze względu na martwą rybę najpierw dostrzegamy uśmiech, a zaraz później widzimy trupa. Gdybym w tej sytuacji miał żywą rybę i ułożył ją na skraju wody (dzieciak by jej nie uniósł), wyszłoby kapitalne zdjęcie, a tak jest bardzo słabe.
    Zdjęcia akcji przykuwają uwagę widza najbardziej. Jednak by były on rzeczywiście ciekawe, trzeba troszkę się namęczyć. Uważam, że nie wystarczy wejść na skarpę i pstryknąć koledze kilka fotek z daleka, byle jak, bez zastanowienia. Musimy tak pokazać holowaną zdobycz i wędkarza, aby oglądający wczuł się w sytuację, aby przeżył ten hol, jakby on uczestniczył w akcji. Nie muszę dodawać, że idealnie będzie, gdy do ujęcia dodamy dynamikę walczącej ryby.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/006.jpg

    To zdjęcie było zrobione w paskudny zimowy dzień. Jest ciemne. Należy pamiętać, że brak słońca to nasz wróg. Wykonując je, postanowiłem wykorzystać warunki, które zastaliśmy. Zdjęcie doskonale oddaje klimat tego dnia - padający śnieg, pochmurne niebo. Można oczywiście było je rozjaśnić, ale skoro taki był dzień, to po co miałbym to robić? Ujęcie wykonałem leżąc na brzuchu niemal w rzece. Tylko po to, aby widz był bardzo blisko sytuacji. W tym ujęciu nie razi nawet ucięta wędka. Gdybym chciał ją pokazać, zmuszony byłbym inaczej kadrować, a wtedy zdjęcie zostałoby przytłoczone przez mało ciekawe niebo.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/007.jpg

    Hol tego szczupaka uwieczniłem, wychylając się za burtę mojej łodzi tylko po to, aby widz znowu mógł być blisko akcji. Oczywiście mogłem wygodnie sobie stanąć, ale w ten sposób uzyskałbym mało ciekawy efekt.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/008.jpg

    Szczupak na tym ujęciu wygląda jak „kłoda”, a kto był jego łowcą możemy się tylko domyślać. Pamiętajmy, że zdjęcie wędkarskie to łowca i jego zdobycz. Widziałem wiele zdjęć, gdzie wędkarz trzyma rybę, a jego głowa jest ucięta mniej więcej na wysokości ramion. Takie zdjęcia są dobre może do kronik policyjnych, ale nie żeby je komuś pokazywać.
    Kolejnym ważnym elementem w naszej fotografii jest szacunek dla zdobyczy. Zdjęcie musi pokazywać, że podziwiamy naszego przeciwnika i dbamy o jego dobro. Zdjęcia z paluchami w skrzelach lub w oczodołach nie są dla widza estetyczne, a uważnemu obserwatorowi powiedzą tak naprawdę, z kim mamy do czynienia. Tak więc należy w tym przypadku uważać podwójnie. Poza tym propagujmy nowoczesne wędkarstwo, gdzie większość ryb wraca do wody. Nie wiem, czy ktoś z was chciałby, aby podnoszono go za oczy, a następnie w podzięce otrzymać buziaka, by w końcu być wypuszczonym. Drastyczne, prawda?
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/009.jpg


    Najzwyklejsze zdjęcie leszcza, jednak widać, jak wielkim szacunkiem i troską wędkarz darzy swoją zdobycz. Nie muszę dodawać, że po takiej sesji ryba cała i zdrowa, w doskonałej kondycji wraca do wody. Ktoś powie, po co przejmować się głupim leszczem, przecież pełno ich w wodzie? Wtedy to ja zapytam, po co przejmować się nim? Przecież pełno nas, brutalne? Może, ale to, jak postępujem,y określa nas, nasze człowieczeństwo. Pokażmy zatem, że jesteśmy ludźmi, że dbamy o przyrodę.

    Portret ryby. Kolejny problem. Osobiście uważam, że jedynym dopuszczalnym portretem ryby bez wędkarza są zdjęcia podwodne, gdzie fotografujemy zdobycz w jej naturalnym środowisku. Zdjęcia na trawie, na piasku, na ziemi itp., na tle naszego supersprzętu są kiepskim żartem fotograficznym i niczym więcej.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/010.jpg

    Portret. Mały okonek. Na zdjęciu chciałem pokazać okonia. Wypełnia on większość kadru, jednak widać, że nie znalazł się on na trawie, bo lubi sobie spacerować w terenie. Widać natomiast, że ktoś go złowił na określony sprzęt. Jednak głównym motywem zdjęcia jest cały czas okoń i o to chodziło. Ponadto jak widać, ryba wcale nie musi leżeć na ziemi.
    Niebo. Wypalone niebo to kolejny problem w naszych fotografiach. Często nasz amatorski sprzęt nie radzi sobie z kontrastami. Jak zatem rozwiązać ten problem? Najprostsze z możliwych to takie, byśmy go nie pokazywali wcale, zwłaszcza jeśli jest szare-bure.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/011.jpg

     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/012.jpg

    Na zdjęciu powyżej mamy paskudne niebo, które aż razi po oczach, a wystarczyło tylko inaczej się ustawić z aparatem i mamy już ładną jesień i ciekawe kolorowe zdjęcie.

    Błyskać, czy nie? To pytanie zadaje sobie pewnie wielu z was. To, czy stosować lampę, czy nie, zależy od warunków, jak również od własnych preferencji. Osobiście uważam, że należy maksymalnie wykorzystać warunki zastane. Jeśli natomiast mimo to nic nie możemy poradzić, dopiero wówczas sięgnijmy po lampę błyskową – to ostateczność.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/013.jpg

     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/014.jpg

    To samo zdjęcie, górne, bez lampy błyskowej - widać cienie na twarzy, które przysłaniają modela. Na zdjęciu dolnym twarz oraz cienie zostały rozświetlone lampą. Sami oceńcie, które zdjęcie jest ładniejsze. Osobiście doświetlam zdjęcie tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę niezbędne. Pamiętajmy, że lampa to nienaturalne źródło światła i jako nienaturalny element będzie widoczny na zdjęciu.
    „Szeroko czy wąsko” – czyli kilka słów o ogniskowej. Temat trudny i często wywołujący dylemat podczas wykonywania kolejnych zdjęć. Z jednej strony chcemy, by nasza zdobycz była pięknie widoczna, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że możemy spotkać się z krytyką – małą rybę „wciskamy” w obiektyw, by była większa. Klasyka fotografii mówi, że powinniśmy użyć obiektywu ze średnią ogniskową i lekko wyciągnąć łokcie przed siebie, ale czy na pewno? Uważam, że obecnie fotografia cyfrowa stwarza tak ogromne możliwości, że nie powinniśmy bać się eksperymentów. Kiedyś kadr centralny był uważany za błąd. Była ogólnie znana zasada złotego podziału, mocne punkty zdjęcia itp. Dzisiaj powinniśmy wręcz unikać schematów. Kiedyś zdjęcia robiło bardzo mało osób. Dzisiaj, aby nasze prace zostały zauważone, muszą się czymś wyróżniać, muszą być inne, budzić emocje. Tak więc, jeśli uważasz, że pokazanie ryby szerokim kątem jest godne uwagi, zrób tak. Ja stosuję najczęściej szeroki kąt w przypadku, kiedy oprócz wędkarza i zdobyczy chcę pokazać okolicę. Mała ogniskowa powoduje ponadto, że osiągamy sporą głębię ostrości, co powoduje, że w efekcie cały kadr jest ostry. Teleobiektywu używam natomiast w sytuacjach, gdy chcę wyłuskać temat, gdy chcę pokazać tylko pewien fragment na zdjęciu, coś podkreślić. Wadą „długich” obiektywów jest ich spora cena oraz najczęściej słabe światło w przypadku aparatów kompaktowych. Powoduje to – niestety, wydłużenie czasu naświetlania, co z kolei prowadzi często do poruszenia zdjęcia. Musimy też pamiętać, że łatwiej poruszyć zdjęcie, gdy operujemy właśnie długą ogniskową.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/016.jpg

    To zdjęcie było wykonane szerokim kątem. Ryba jest tu doskonale wyeksponowana. Jest to tylko „potoczek”, a wygląda na ogromną zdobycz, dlatego, że jest po prostu ładnie wyeksponowana. Możemy tu również zauważyć okolicę - rzekę, drzewa. Tło nie przytłacza głównego tematu. Obserwator jednak doskonale dostrzeże, w jakiej okolicy i w jakich warunkach została złowiona ryba.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/017.jpg

    Ta sama ryba, inny obiektyw. Okolica jest już mało czytelna, płatki śniegu są o wiele bardziej widoczne, a ryba „mniejsza”. Jest to typowy portret. Proponuję na początek powtarzać ujęcia tej samej sceny, zmieniając ogniskową. Zobaczycie, że tylko dzięki temu prostemu zabiegowi uzyskamy różne ujęcia tematu.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/018.jpg


    Sztuczka na tej fotografii, jaką zastosowaliśmy, polega na tym, że pomimo wyciągniętej ręki w stronę obiektywu (ryba jest postrzegana na większą) uzyskany efekt nie razi nas tak bardzo. Zauważmy, iż Andrzej jest również pochylony w stronę obiektywu, co stwarza pewne złudzenie, że ryba jest w tej samej płaszczyźnie co on. W rzeczywistości jest ona jednak dużo bardziej z przodu.

    Kolejnym rodzajem fotografii, która może nas zainteresować, jest krajobraz. Pewnie wiele razy byliście nad wodą, gdzie piękno okolicy powodowało, że nawet nie chciało się rozkładać sprzętu. Chcieliśmy wtedy chłonąć ten widok i nie robić innych rzeczy, by nie zakłócić jego piękna. Tak wspaniałe, a zarazem ulotne chwile możemy równie pięknie uwiecznić naszym aparacikiem. Jednak wbrew pozorom, nie jest to wcale takie proste. Nie dam Wam – niestety, jedynej słusznej porady, jak idealnie uwiecznić pejzaż. Wynika to z jednej prostej przyczyny. Różnorodność otaczającego nas świata jest tak ogromna, że nie sposób tego zapisać w sposób matematyczny i jedynie słuszny, ale należy bezustannie próbować, robić kolejne ujęcia.
     
    http://jerkbait.pl/art/images/00061/015.jpg


    Kilka słów na temat programów graficznych. A teraz wyobraź sobie, że są narzędzia, które pozwolą Tobie zapomnieć o wszystkim, co napisałem. Reklamówki, okolica, niebo - to wszystko można przecież zmienić. Jest sporo osób, które zachłysnęło się tymi narzędziami i ich prace zamiast nad wodą powstają w zaciszu domowego komputera. Zapytasz więc, po co mam uczyć się kadru, tematu itp.? Z prostej przyczyny. Musisz wykonać setki dobrych zdjęć po to, abyś kiedyś, gdy opanujesz programy i zaczniesz obrabiać gorsze zdjęcie, wiedział, do czego dążysz. Musisz mieć przed oczami zdjęcie, które chcesz osiągnąć. Nie zrobisz tego, jeśli wcześniej nie opanujesz podstawowych zasad fotografii. Zapamiętaj jedną podstawową zasadę: idealnie obrobione zdjęcie jest wtedy, gdy nikt się nie zorientuje, że jest nienaturalne.
    W niniejszym artykule nie opisałem wszystkiego. Podałem tylko kilka podstawowych zasad, które być może kiedyś przydadzą się, gdy kolega złowi rybę życia. Być może wtedy przypomnisz sobie kilka uwag z mojego tekstu i wykonasz piękne zdjęcie. Wszystkich, którzy już robią zdjęcia, może razić prostota tekstu. Jednak jest on napisany przez amatora dla amatorów i z założenia miał być prosty i przystępny. Celowo pominąłem elementy techniczne, obsługę aparatu itp. Te informacje znajdziecie w każdej książce o fotografii. Życzę przyjemności w robieniu kolejnych zdjęć naszym ulubionym rybom.

    Podsumowanie
    Miej zawsze aparat przy sobie Fotografuj ryby żywe Pokaż szacunek, jakim darzysz zdobycz Rób zdjęcia bezpośrednio na łowisku Pokaż radość, jaką daje Ci łowienie Uśmiechnij się - przecież jest super A ... reszta? Resztę sam wymyślisz ...  

    Tomek Wojda (tomek_w), 2006


    Jeśli chcesz skomentować ten artykuł zapraszam na forum.
     

  • Troć wędrowna z Sanu.

    By tpe, in Relacje,

    27 luty 2025.
    Znowu jesteśmy nad Sanem. Realizując decyzję RDOŚ kolejny dzień tej zimy tropimy i polujemy z kolegą myśliwym na kormorany. Udaje nam namierzyć ich noclegownię w bardzo ciężkim i niedostępnym terenie. Jest 15.00, zmrok zapada po 17, mamy trochę czasu, aż ptaki głębiej zasną . Postanawiamy połowić klenie lekkimi zestawami. W moim wypadku to Dragon Sugoi Ultra 198 do 5g., kołowrotek wielkości 2500, linka 0.4 PE i przypon 0,18 mm.
     
     
     
     
     
    Pierwszy fajną kluchę łowi Grzesiek. Zmieniam gumkę na większą (całe 5 cm) na główce wolframowej 4,5 mm i bezzadziorowym haku nr 4. Pierwszy rzut na środek Sanu, pierwszy opad, podnoszę przynętę z dna i pod palcem na dolniku wyczuwam delikatny pstryk. Zacinam. Na końcu zestawu mam coś dużego. Ryba długo walczy na środku rzeki, cały czas trzymając się dna. W końcu daje się podprowadzić pod brzeg. Naszym oczom ukazuje się wielka troć wędrowna! Grzesiek biegnie do samochodu po podbierak, ja staram się powstrzymać troć przed zaparkowaniem pod lodowym nawisem przy brzegu powyżej mnie.
    Udaje się, ryba słabnie, Grzesiek sprawnie pakuje ją do podbieraka.
     
     
     
     
     
    Szybki pomiar, 80 cm z paroma milimetrami. Pobieram kilka łusek jak nam się wydaje samicy troci wędrownej. Chwilę przytrzymuję rybę głową pod prąd. Trotka szybko odzyskuje siły i żwawo znika w nurcie Sanu.
    Szybko zapada zmrok, jedziemy na noclegownię kormoranów. Po kilkunastominutowym marszu dochodzę do noclegowni i skutecznie płoszę ptaki na Grześka, który jak zwykle nie pudłuje.
    Kontaktuję się z Marcinem Sułkowskim „Bigosem”. Od niego otrzymuję namiary na dr inż. Adama Lejk z Morskiego Instytutu Rybackiego. Do niego wysyłam pobrane z troci łuski.
    Oto ekspertyza jaką otrzymałem od Adama:
    Na podstawie obrazu łuski można z 100% pewnością stwierdzić, że mamy do czynienia z anadromiczną formą Salmo trutta, znaną powszechnie jako troć wędrowna. Samica, kelt pierwsze dwa lata spędziła w rzece po czym rozpoczęła smoltyfikację oraz migrację do morza. Pierwsze dwa duże przyrosty wskazują na przebywanie w morzu (pierścienie roczne S1 oraz S2). Dyskusję mogą wywołać pierścień S3 oraz krawędź łuski oznaczona jako S4. Celowo przy nich postawiony jest znak zapytania. W tym momencie należy zaznaczyć, że punkt S4 nie wskazuje pierścienia rocznego (obejmującego cały roczny przyrost), gdyż ryba została złowiona pod koniec lutego, a u ryb łososiowatych przyjmuje się 1 kwietnia jako dzień urodzenia. Natomiast rocznikowo można już temu osobnikowi „dodać” rok.
     
     
     
     
     
    Wracając do punktów S3 oraz S4. Należy wyjaśnić, że ryby w momencie dojrzewania płciowego większą część energii uzyskanej z pokarmu przeznaczają na wytworzenie gonad, więc przyrosty ryby w roku migracji tarłowej są znacznie mniejsze. Oba punkty wskazują granice pomiędzy dwoma niedużymi przyrostami, więc spełniają powyższe kryterium. Niestety, na dostarczonych łuskach nie można zaobserwować tzw. znaków tarłowych - ubytki w strukturze łuski powstałe w wyniku resorpcji, powstające najczęściej po bokach łusek, które jednoznacznie wskazywałyby na obycie tarła jesienią 2023 roku. Wynika to z faktu, że boczne krawędzie dostarczonych łusek zostały znacznie „nadgryzione” w wyniku resorpcji związanej z tarłem jesienią 2024 roku. Można domniemywać, że punkt S3 wskazuje pierścień dodatkowy (fałszywy pierścień roczny). Jednocześnie, pojawia się on na wszystkich 5 dostarczonych łuskach i jest bardzo wyraźny, co nie jest typowe dla pierścieni dodatkowych (zazwyczaj pojawiają się na pojedynczych łuskach). Szkoda, że pobrano tak mało łusek.
    Pozostaje pytanie, czy istnieje fizyczna możliwość by ta samica odbyła tarło jesienią 2023 roku, następnie spłynęła wiosną 2024 roku do morza, po czym ponownie w tym samym roku po raz drugi w życiu pokonała (migrując w górę) stopień wodny we Włocławku i popłynęła do Sanu? Trzeba podejść ostrożnie do takiego twierdzenia biorąc pod uwagę odległości.
    Być może:
    - ryba odbyła tarło jesienią 2023 r. w jednym z dolnych dopływów Wisły, a dopiero jesienią 2024 r. popłynęła do Sanu,
    - ryba obyła tarło w 2023 r. w Sanie, po czym pozostała w rzece stając się formą osiadłą,
    - faktycznie dwukrotnie podjęła wędrówkę tarłową do Sanu, będąc tym samym największą farciarą wśród troci,
    Lub
    - pierścień S3 jest pierścieniem dodatkowym i ta troć odbyła tylko jedną wędrówkę tarłową jesienią 2024 r.
    Nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę. Reasumując, ryba na zdjęciu to troć, a nie rekordowy pstrąg.
     
    Dr inż. Adam Lejk
    https://www.facebook.com/share/1EmnGfBEto/
     
    Okręg PZW w Krośnie od ponad 20 lat prowadzi zarybienia wylęgiem żerującym troci wędrownej dopływów górnej Wisłoki i dopływów Sanu biorąc udział w programie "Zarybianie polskich obszarów morskich". Każdego roku wędkarze meldują o trociach łowionych w Wisłoce, Sanie i dopływach. Tylko w tym roku widziałem już kilkanaście zdjęć złowionych w Sanie trotek, w tym złowionego przez znajomego, 1 stycznia b.r. 80 cm, grubego samczura.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Ciągle jest też szansa na złowienie w Wisłoce i w Sanie łososia atlantyckiego. Programy dzięki którym zarybiano dopływy Wisłoki i Sanu zakończyły się ponad 10 lat temu. Jednak pojedyncze łososie ciągle wracają.
    Jak widać natura pokonuje wszelkie przeszkody, nawet takie, które wydają się niemożliwe do pokonania. Ciężko sobie wyobrazić, jakie ryby odbywały by tarło w rzekach na południu Polski gdyby nie było zapory we Włocławku….
    I jeszcze prośba. Po złowieniu w Sanie, czy Wisłoce ryby, która może być trocią wędrowną bardzo proszę o pobranie kilkunastu łusek z nad linii bocznej, pomiędzy płetwą grzbietową,
    a tłuszczową i dostarczenie ich do Okręgu PZW w Krośnie lub bezpośrednio do Adama.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Tomek Ekert tpe

  • Jak wyglądał wędkarski świat w 2005 roku? Jak się zmienił w ciągu ostatnich 20 lat? Czy jest jakiś symbol tej zmiany, który pasuje do jerkbait.pl? Takie pytania sobie zadawałem kiedy szukałem jakiegoś pomysłu „dla uczczenia okrągłej rocznicy istnienia naszego przedsiębiorstwa” mówiąc Bareją. Może zamówić jakiś sprzęt na ali… z logo jerkbaita? To by pasowało jako znak zmian, niestety… ale dwadzieścia lat to nie jest jeszcze taki wiek, żeby popadać w defetyzm, więc szukajmy pozytywów
     
     
    Niewątpliwie pozytywnym symbolem dwudziestolecia wędkarstwa w Polsce i na naszym forum jest rozwój wędkarskiego rzemiosła – lurebuildingu i rodbuildingu, które jerkbait.pl promował od swojego zarania. Doczekaliśmy się targów rękodzieła, doczekaliśmy się polskiego producenta blanków więc cóż może być lepszym symbolem naszej „dwudziestki” niż jerkbait lures & jerkbait blanks? Zatem do rzeczy, pozwólcie, że przedstawię Wam:
     
    Rocznicowe jerki
     
     
    Jeden model, za to w dwóch wersjach kolorystycznych – znany i lubiany mały glider „Terror Janusz” 7cm długości & 12,5g wagi. Malowanie w kolorach nawiązujących do barw portalu, czyli niebieskiego, białego i czarnego stylizowane na pstrąga oraz okonia. Autor Piotr „Hesher” Prażmowski – Twórca bardzo długo związany z portalem, bardzo aktywny na forum, chętnie dzielący się wiedzą. Jeden z najlepszych symboli jerkbaitowego rękodzieła jakie przychodzą mi do głowy.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    My zamówiliśmy u Piotrka – a jakże, dwadzieścia sztuk, które zamierzamy przeznaczyć jako nagrody na specjalne okazje i wyróżnienia dla wyjątkowych Forumowiczów. Jeśli i Wy chcielibyście swojego rocznicowego jerkbaita to po prostu skontaktujcie się Piotrkiem i wykona takiego również dla Was.
     
    Rocznicowe blanki
     
     
    Kiedy dwadzieścia lat temu ktoś zapytałby mnie o polskie blanki zapewne odpowiedziałbym, że to piękne ale raczej utopijne marzenie. No cóż, marzenia czasem się spełniają – a to spełniło się stosunkowo szybko, w zeszłym roku Fishing Art obchodził swoje piętnastolecie. Mam naprawdę ogromną osobistą satysfakcję, że naszą rocznicę możemy uczcić polskimi blankami. Z Krzyśkiem Zielińskim przygotowaliśmy dla Was dwie propozycje – z jednej strony podobne do siebie ale z drugiej strony bardzo się różniące i uzupełniające. Zacznijmy od podobieństw.
     
     
     
     
     
     
    Oba blanki są jednoczęściowe w zbliżonych długościach: 6’8” (203cm) oraz 6’9”(206cm). Oba są konstrukcjami o dużej zbieżności oraz stosunkowo cienkościennymi – co oznacza, że są dobrze wyważone, dobrze leżą w ręku, mają fajną dynamikę oraz dobrą czułość. W przypadku obu blanków zrezygnowaliśmy ze szlifowania aby nieco podnieść ich odporność na uszkodzenia mechaniczne. Dolniki obu blanków w odległości 55-57 cm od dołu malowane są kolorem „jerkbait blue” nawiązującym do barw jerkbaita – jest to kolor ekskluzywny dla tej rocznicowej serii blanków nie występujący w stałej ofercie Fishing Art. Zresztą oba blanki również nie mają odpowiednika w ofercie FA – zostały zaprojektowane specjalnie na naszą rocznicę. I na koniec jeszcze jedno, bardzo miłe, podobieństwo – oba blanki Forumowicze jerkbait.pl mogą nabyć z 20% zniżką w stosunku do ceny katalogowej. Składając zamówienie u Krzyśka Zielińskiego wystarczy się powołać na fakt bycia zarejestrowanym na forum i podać swój nick na jerkbaicie.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    A teraz przejdźmy do różnic.
     
     
     
     
     
     
    69MHXF to bardzo szybka uncjówka. Elektryczna szpada, która stanowi dobrą propozycję na kij do twicha, lekką jerkówkę lub cięższy kij na sandacza. Podczas rzutu i operowania przynętą ugięcie jest typowo szczytowe co widać na załączonym obrazku.
     
     
     
     
     
     
    Komfort rzutowo-czuciowy w zakresie główka od 12 do 28 gramów + guma. Twich 10-13cm. Jerkbait, kogut – do 30 g. Pod obciążeniem kij wchodzi w głębsze ugięcie, moc blanku przyrasta stopniowo. Poniżej na zdjęciach wędka pod obciążeniem odpowiednio 150 i 500 gramów.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Oczywiście waga gotowej wędki zależy od wyboru komponentów. W naszym przypadku kij uzbrojony w przelotki SIC w zwykłej stalowej ramce (poczynając od KLH#20), uchwyt kołowrotka z maty węglowej oraz rękojeść dzieloną z maty węglowej i pianki EVA waży równe 90 gramów.
     
     
     
     
     
     
    68MLF to szybka konstrukcja o niekończącym się ugięciu. Takie właściwości zawdzięcza materiałowi z którego w całości jest wykonana – najnowszej generacji s-glass pod nazwą Nanoflex. W zasadzie bez uprzedniej informacji można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z blankiem wykonanym z prepregu węglowego (blank jest szybki, responsywny) jednak pod obciążeniem daje osobie znać charakterystyczna gładkość i pełnia ugięcia „szkła”. Fani starych Seekerów czy nowych Zentronów powinni być zachwyceni. Podczas wyrzutu blank ugina się głębiej ale bardzo szybko gaśnie po wyrzucie i naprawdę zaskakująco daleko rzuca - podczas testów osiągaliśmy odległości rzutowe podobne lub większe w porównaniu z dłuższymi o stopę (!) spinningami uznanych japońskich marek co przyznam szczerze nie do końca potrafię wytłumaczyć.
     
     
     
     
     
     
    Blank stanowi materiał na bardzo uniwersalną wędkę do lżejszych zastosowań – szczupak na lekko, sandacz z płytkiej wody, okoń i pstrąg na ciężko, boleń na zaporówce i kto wie co jeszcze. Komfort rzutowo-czuciowy w zakresie główka od 5 do 15 gr + guma (można i ciężej ale trudniej będzie o ostrzejsze podbicie). A poza tym chatterbaity, cykady, crankbaity, obrotówki a nawet małe poppery i twiche. Ugięcie wędki jest zdecydowanie progresywne, do samego dolnika. Poniżej wędka pod obciążeniem odpowiednio 150 i 500 gramów.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Waga wędki uzbrojonej w SIC w zwykłej stalowej ramce (poczynając od KLH #16), lakierowany nylonowy uchwyt kołowrotka oraz rękojeść dzieloną na piance EVA wyniosła 104 gramy.
     
     
    Jak łatwo zauważyć para blanków stanowi propozycję wzajemnie się uzupełniającą i taki też był zamysł. Jako zestaw dwóch wędek łódkowych – jeziorowych czy zaporówkowych – jest w stanie pokryć bardzo szerokie spektrum przynęt, technik i gatunków ryb. W naszym przypadku obie wędki testowe zdecydowaliśmy się wykonać w wersji spinningowej ale jestem przekonany, że byłyby również świetne w wersji pod multiplikator.
     
     
    Na koniec kwestia – czy niniejszy artykuł zawiera lokowanie produktu. Ze względów formalnych potwierdzam - tak, zawiera. Ale nie jest to płatna reklama. Portal również nie zarobił ani nie zarobi złotówki ze sprzedaży – jeśli zdecydujecie się coś zamówić cały dochód trafi bezpośrednio do Piotrka i Krzyśka. Naszą „prowizją” będzie wyłącznie satysfakcja jeżeli na stronach jerkbait.pl będziemy mogli zobaczyć Wasze zdjęcia ryb złowionych na rocznicowe jerki oraz wędki na rocznicowych blankach. Taka fota, jak wiadomo, daje bonus +100 do prestiżu na forum i automatycznie kasuje wszystkie punkty ostrzeżeń – okazja raz na 20 lat

     
    @friko, 2025

  • Kraina Lodu i Ognia...

    By Del Toro, in Relacje,

    Zjawiska wulkaniczne leżą u podstaw powstania Islandii. Wyspa nie bez powodu nazywana jest 'Krainą Lodu i Ognia' - setki wulkanów, dziesiątki lodowców, tysiące wodospadów oraz ciągła walka żywiołów determinująca życie kraju.
    Zapraszam na krótką podróż do Islandii, mniej wędkarską, bardziej turystyczną, mam nadzieję, iż równie ciekawą.
    Odkrywca, wiking Naddog, nazwał ją Snaeland - Krainą Śniegu. Pierwsi osadnicy, gdy zobaczyli rozlegle lodowce, ochrzcili ją Island - Krainą Lodu. Jednak to siła drzemiąca pod powierzchnią stworzyła ten skrawek lądu. Ponad 100 wulkanów i kilkadziesiąt systemów wulkanicznych, gejzery, tysiące ciepłych źródeł. Konsekwencje tego geologicznego zróżnicowania struktur są poważne – od początku osadnictwa wyspę nawiedziło prawie 200 wulkanicznych erupcji.
     
    Lodowa brama prowadzi nas do lodowca Mýrdalsjökull, jednego z największych na wyspie. Jego śniegi i lody przykrywają kilka wulkanów. W tym wulkan Eyjafjallajökull, sławny ze sparaliżowania ruchu lotniczego w Europie kilka lat temu. To jednak maluszek.
    Prawdziwy potwór wulkan Katla, największy aktywny wulkan na Islandii, który regularnie przypomina o sobie co 40-80 lat. Ostatnia dużą erupcję miał w 1918 roku, ale właśnie zaczyna się budzić…
     
    Lodowa sceneria iście bajkowa.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Tuż obok wodospad Skógafoss, jeden z największych na wyspie - 60 metrów wysokości, w odległych czasach klif morski, obecnie oddalony od morza o jakieś 5 kilometrów.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Na bazę wybraliśmy jezioro Thingvallavatn. To największe jezioro na Islandii i jedno z najczystszych na świecie, z przejrzystością na kilkadziesiąt metrów. Skrywające wędkarskie marzenia, największe pstrągi potokowe, lub jak kto woli, trocie jeziorowe na świecie. Oryginalnie trocie wędrowne, którym powrót do morza został odcięty 10 tysięcy lat temu wskutek wybuchu wulkanu i ruchu tektonicznego.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Warunki do łowienia fatalne, zacinający deszcz i porywy wiatru do 70 km na godzinę. Pochowani za skałami, walczymy bardziej z pogodą niż z rybami. Wreszcie przytrzymanie i jazgot kołowrotka przerywa monotonność padającego deszczu. Dwa długie odjazdy na sprzęcie mocno łososiowym i torpeda melduje się na brzegu.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Przez jezioro przebiega granica między płytami tektonicznymi, euroazjatycką i północnoamerykańską.
    Można przespacerować się Kanionem Silfra, właściwie szczeliną między dwoma płytami, lub... wybrać nurkowanie/snorkeling w szczelinie. Thingvallavatn to prawdziwa mekka dla nurków, niesamowita przejrzystość daje uczucie lotu między skalami. Mimo lodowatej wody niektóre ściany skalne są cieple, wręcz gorące. Lawa nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Na płyciaku co chwila pokazują się duże ryby, dosłownie przepływają między nogami a ich grzbiety przecinają taflę wody. Stare grube cwaniaki niejedną przynętę już widziały... Trochę kombinowania, sporo spadów, ale wreszcie sukces. Chłopaki łowią piękne ryby na muchę.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Wodospad Seljalandsfoss, jeden z najładniejszych i najbardziej znanych wodospadów na Islandii. Spadek około 65 metrów.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Gullfoss, kaskadowy wodospad na rzece Hvita, niedaleko parku narodowego Thingvellir.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    W przerwach od zwiedzania ciągle walczymy z arktycznymi pstrągami. Takich wyścigowych można złowić całkiem sporo, ale nie po to się tam przyjeżdża. Choć zabawa przednia.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Gejzer Strokkur wybucha średnio co 5-10 minut na wysokość 20 metrów. Jest jedna z największych atrakcji turystycznych Islandii. Obok niego znajduje się Geysir (Grear Geysir), obecnie mało aktywny dużo większy gejzer. Potrafi wystrzelić wodę na wysokość ponad 70 metrów.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Kirkjufjara czarna plaża. Na horyzoncie Dyrhólaey "the hill island with the door hole"
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Reynisfjara jest najsławniejszą z islandzkich czarnych plaż. Piękna i zarazem zdradliwa, nieprzewidywalne morskie fale już wielokrotnie porwały nieświadomych turystów ku ich zgubie.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Krzysio jak zwykle konczy wyjazd największą ryba, prawdziwym arktycznym królem jeziora.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Położony w południowo-zachodniej części wyspy, półwysep Reykianes, jest najmłodszym jej fragmentem. Charakterystyczny marsjański krajobraz z równinami lawowymi ciągnącymi się po horyzont, na których poza mchem nic nie jest w stanie przetrwać.
    Przez ponad 6 tysięcy lat dolina Fagradalsfjall była uśpiona, by wybudzić się w najbardziej spektakularny sposób. Kiedyś najniższy punkt w dolinie, teraz góruje nad pobliskimi górami i wzgórzami. Tak powstał wulkan Fagradalsfjall.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Ktoś wygrał drugą szansę…
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Islandczycy w najlepsze pieką sobie kiełbaski na zastygającej lawie.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Matka natura przypomina nam o swojej sile. Sile destrukcyjnej, ale i twórczej zarazem. Przypomina nam, jak nieznaczący jesteśmy przed jej obliczem.
     
    Islandia 2021
    Del Toro

  • Jest to tekst nawiązujący do artykułu: „Regionalizm tworzenia woblerów w Polsce” [1], a dotyczy historii powstania pierwszego woblera do łowienia powierzchniowego kształtem przypominającego mrówkę. Nie zdawałem sobie sprawy, że Mrówka jest znana już od dwudziestu pięciu lat, ale po kolei. Poniżej relacja z tego, co przekazał twórca Mrówek.
    Pierwsze woblery o nazwie Mrówka, pod koniec lat 90. XX w., zaczął tworzyć Tomasz Ignatowicz z Bielska Podlaskiego. Miał On już doświadczenia w wykonywaniu woblerów, których korpusy przypominały kształtem ryby, gdyż tworzył je od 10 lat, ale przynęt powierzchniowych, owadopodobnych wcześniej nie strugał.
    Podejmując się wykonania woblerów owadopodobnych postawił sobie duże wyzwanie. Na żywo widział dosłownie kilka sztuk takich woblerów, dużo więcej na fotografiach w czasopismach wędkarskich. W tamtych czasach nie można było ich tak, po prostu kupić, obejrzeć lub połowić na próbę. Dostęp do Internetu był utrudniony, a telefonia komórkowa dopiero rozwijała się w Polsce. Pojedyncze egzemplarze woblerów powierzchniowych koledzy przywozili z ogólnopolskich zawodów spinningowych, od strugaczy znad Odry. Ryby, które łowili na te przynęty na jego, podlaskich łowiskach oraz ich cena i brak dostępności na rynku były impulsem dla Tomka, aby zacząć je strugać.
    Jak sam Tomek twierdzi, początki były bardzo trudne. Bazując w zasadzie na fotografiach z wędkarskiej prasy, obliczał wymiary przyszłych korpusów woblerów i ich proporcje. Wyobrażał sobie jaki kształt trójwymiarowy może mieć dany korpus woblera, który widział tylko z jednej, płaskiej perspektywy. Starał się "zapisać w głowie", gdzie powinny być umieszczone oczka do mocowania agrafki i kotwiczki, jaki ma być kształt, wielkość oraz miejsce i kąt osadzenia steru. Największą i nienamacalną niewiadomą było umieszczenie i ilość obciążenia. Jedyną kwestią, z którą wiedział, że sobie poradzi, było malowanie.
    Swoje przemyślenia konsultował z wędkarzami mieszkającymi w tej samej miejscowości, którzy też tworzyli różne woblery od wielu lat, czyli z Wojciechem Biszczukiem (woblery „Wobi”) i Pawłem Parfieniukiem (woblery „Parf”).
    Zanim powstała ostateczna wersja Mrówki to, Tomasz Ignatowicz przerobił i przetestował nad wodą kilkadziesiąt prototypów owadopodobnych woblerów o różnych kształtach korpusów, wielkościach, wariantach obciążenia oraz kształtu, kąta położenia, miejsca osadzenia i wielkości steru. Wszystko to w poszukiwaniu tego jedynego, zbliżonego do jego ideału woblera powierzchniowego.
    Pierwsze egzemplarze nie były jakimś nowatorskim rozwiązaniem. Były to kopie woblerów znanych twórców, m.in.: Dariusza Mleczki, Jarosława Gusmana, Andrzeja Lipińskiego itd., stworzone w/g jego wizji na podstawie zdjęć z czasopism wędkarskich. Niemniej swoje kopie, bardzo łudząco podobne do woblerów wspomnianych twórców, Tomasz Ignatowicz podpisywał: „Tomi”.
    Po kilku sezonach testów Tomek wiedział już, że żaden model nie spełnia w 100% założeń jego idealnego woblera. Jedne świetnie pracowały w spokojnych uciągach, ale w szybszym nurcie nie radziły sobie zupełnie. Inne były za lekkie do podania na dalsze odległości, lub zbyt mało wyporne, aby je solidnie uzbroić. Tomkowi, pod kątem łowienia kleni, zależało, aby można były zastosować dużą kotwicę, której kleń swoim pyskiem nie rozegnie. Zatem wobler musiał być bardzo wyporny w stosunku do swojej wielkości. Tomasz Ignatowicz spróbował połączyć najlepsze cechy wszystkich modeli, które do tej pory stworzył i tak powstała pierwsza ... MRÓWKA.
    Nazwa nie była przypadkowa, bo pierwsze egzemplarze w wielkości 22÷24 [mm] bardzo przypominały Jemu dużą, latającą mrówkę. Przez kilka kolejnych sezonów wobler ten znacznie ewaluował. Kształt pozostał prawie niezmieniony, ale Mrówka proporcjonalnie urosła we wszystkich trzech wymiarach. Obecnie tworzone są egzemplarze w wielkościach 25÷50 [mm], a w fazie testów są modele 60÷70 [mm].
    Na zdjęciu 1 pokazane są Mrówki w trzech długościach korpusu. Od lewej Mrówka o długości 30 [mm], po środku 35 [mm], a po prawej o długości korpusu 40 [mm].
     


     
     


    Fot.1. Mrówki Tomasza Ignatowicza z Bielska Podlaskiego [2]
     
     
     

    Są bardzo starannie wykonane i w sposób charakterystyczny, wyróżniający je od innych pomalowane. Posiadają nóżki wykonane z gumki. Wykonane nożykiem do tapet nacięcia i sposób malowania powierzchni powstałych po nacięciach nawiązują do tworzonych przez Andrzeja Lipińskiego z Wrocławia owadopodobnych woblerów z drewnianymi korpusami. Obaj twórcy potwierdzają, że jest to czasochłonna i pracochłonna część pracy związanej z wykonaniem korpusu. Tomasz Ignatowicz próbował multiszlifierką nacinać rowki, ale nie był zadowolony z efektów jakie uzyskał. Warto tutaj podkreślić, że Tomasz Ignatowicz ręcznie struga korpusy oraz maluje je pędzelkami. Także, przez dobrych kilka lat stery były wycinane nożyczkami przez tego twórcę. Obecnie kupuje gotowe stery, wycięte za pomocą plotera.
    Dwadzieścia lat temu, kształt tego owadopodobnego woblera był bardzo charakterystyczny, zupełnie inny od wszystkich, znanych woblerów powierzchniowych na rynku. Wielu wędkarzy chciałoby zdobyć choć z jedną lub dwie sztuki do przetestowania na swoich łowiskach, ale podaż była i jest tak mała, że nieliczni mogą pochwalić się posiadaniem tej przynęty. Co roku, zimą Tomasz Ignatowicz tworzy tylko 30÷50 sztuk Mrówek. W związku z tym kolejka chętnych rośnie.
    Od jakiegoś czasu, kilku może kilkunastu twórców robi mniej lub bardziej udane kopie Mrówki. W jego rodzinnej miejscowości Mrówki wykonuje wspomniany wcześniej Paweł Parfieniuk (fot.2), a przez jakiś czas niewielki epizod z nimi miał Wojciech Biszczuk.
     


     
     


    Fot.2. Mrówka Pawła Parfieniuka z Bielska Podlaskiego [2]
     
     
     

    Do grona twórców tej udanej przynęty dołączyli wędkarze z pobliskich miejscowości: Leszek Fabjańczyk i Artur Kaczurak (Artfish) z Białegostoku, Adam Sobolewski z Brańska oraz Grzegorz Piechowski (Imago Lures) z Choroszczy. Mrówki przez Nich wykonywane są podobne do oryginałów, ale łatwo można dostrzec różnice w wielu aspektach.
    Fotografa 3 pokazuje Mrówki wykonane przez Leszka Fabjańczyka.
     


     
     


    Fot.3. Mrówki Leszka Fabjańczyka z Białegostoku [2]
     
     
     

    Są podobnie malowane, choć kolorystka jest bardziej uboższa niż w przypadku Mrówek Tomasza Ignatowicza. Ponadto różnią się kształtem korpusu: jest mniej pękaty i mniej wygrzbiecony. Posiadają imitacje nóżek wykonane z gumki. Obecnie oczy nie są malowane, a przyklejane. Także w kształcie steru można doszukać się różnic. Okrągłe oczko mocujące linkę jest dalej odsunięte od steru.
    Mrówka Artura Kaczuraka (fot.4) jest zbliżona kształtem do oryginału, ale mając w jednej ręce Mrówki obu autorów szybko znajdziemy różnice pomiędzy nimi i w kształtach, i w sposobie malowania. Nie posiadają nóżek. Mrówki Artura Kaczuraka sprzedawane są pod nazwą „Podlaska Mrówka”, a z etykiety można dowiedzieć się o jej długości z dokładnością do 0.01 [mm] i gramaturze z dokładnością do 0.01 [g]. Już choćby z tych informacji można wywnioskować, że wykonywane są ręcznie. Każda Mrówka różni się między sobą m.in. długością i wagą.
     


     
     


    Fot.4. Mrówka Artura Kaczuraka z Białegostoku [2]
     
     
     

    Natomiast na fot.5 pokazano Mrówki wykonane przez Grzegorza Piechowskiego. Jako jedyny poszedł w produkcję masową. Korpusy wykonywane są jako odlewy, dzięki temu wyróżniają się kształtem i wielkością w asortymencie Mrówek Grzegorza Piechowskiego. Nie sposób ich pomylić z Mrówkami innych twórców, powyżej omówionych. Główne różnice to: kształty korpusów z mniejszą lub większą liczbą szczegółów oraz sposób malowania. Nie posiadają nóżek, natomiast oczka mocujące linkę są dalej odsunięte od steru i nad wyraz wysunięte do przodu, co powoduje, że nie są okrągłe a podłużne.
     


     
     


     
     


    Fot.5. Mrówki Grzegorza Piechowskiego z Choroszczy [2]
     
     
     

    Zatem, po tak krótkiej analizie miejsc tworzenia Mrówek, można śmiało stwierdzić, że jest to regionalna przynęta związana z urokliwym Podlasiem.
    W latach 2015÷16 Tomasz Ignatowicz wspólnie z Tomaszem Cześnickim (Tomy) wykonali jedną partię Mrówek odlanych z żywicy, składającą się z kilkudziesięciu szt. (niecałe 100 szt.). Wspólne wykonanie Mrówek polegało na tym, że Tomasz Cześnicki odlewał z żywicy korpusy Mrówek z użyciem wcześniej wykonanej formy. Forma do odlewania korpusów z żywicy powstała na bazie wystruganego z drewna, przez Tomasza Ignatowicza, korpusu Mrówki. Odlane korpusy malował Tomasz Ignatowicz oraz Tomasz Cześnicki. Mrówki odlane przez Tomasza Cześnickiego, a pomalowane przez Tomasza Ignatowicza miały dwa podpisy. Z jednej strony Mrówki widniał napis: „TOMY”, a z drugiej „TOMI”. W zależności od sposobu malowania podpisy były umieszczane w okolicach głowy lub na odwłoku. Jak wspomniano wyżej współpraca nie trwała długo. Niemniej obaj przez jakiś czas wykonywali niezależnie od siebie Mrówki. Należy jednak zaznaczyć, że Mrówki z drewnianymi korpusami Tomasz Ignatowicz nadal wykonuje i są podpisywane: „TOMI”. Natomiast Mrówki odlane z żywicy i malowane przez Tomasza Cześnickiego nie były podpisywane, ale można je rozpoznać po sposobie malowania. Nie są już wykonywane przez Niego.
    Tomasz Ignatowicz nigdy nie opatentował tego kształtu, więc nie ma nikomu za złe, że powstają kopie jego Mrówki. Niemniej zrobiło się Jemu przyjemnie, gdy chyba ze trzech twórców z grzeczności zapytało Tomka o możliwość wykonywania kopi jego Mrówek.
    Z Tomkiem mieliśmy przyjemność brać udział na wspólnej imprezie, ba nawet rywalizowaliśmy ze sobą, nie wiedząc o tym. Otóż, startowaliśmy w Klubowych Mistrzostwach Polski, które były rozgrywane 2008 roku, w Grudziądzu. Nie było głośno wówczas o Mrówkach, ale to może z powodu, że w Wiśle łowiło się głównie okonie na przynęty gumowe, choć nie jest to niemożliwe, aby na Mrówkę połakomił się okoń.
     
    Spisał: Sławomir Bednarczyk
     
    [1] https://jerkbait.pl/topic/176057-artykuł-regionalizm-tworzenia-woblerów-w-polsce/
    [2] Archiwum Sławomira Bednarczyka.

  • Decyzję o tym aby pojechać podjęliśmy w listopadzie 2022r. Ustaliliśmy że pojedziemy dwoma autami, po dwie osoby w aucie. Łukasz Grzybek i ja w jednym a Marek Honkisz i Łukasz Żaczek drugim. Nie było szans zabrać się w czterech jednym samochodem. Chcieliśmy być nieco krócej od chłopaków a poza tym mieliśmy tyle rzeczy, że auto było zapełnione pod sufit. Ja z Łukaszem G. wykupiliśmy tydzień pobytu w domku nad samym jeziorem z dostępem do 4 metrowych pontonów z 8 konnymi silniczkami. Marek z Łukaszem Ż. wykupili dwa tygodnie. Po tygodniu pobytu w domku mieliśmy zamiar spędzić jeszcze trzy dni na kempingu tylko do samego końca nie wiedzieliśmy gdzie to będzie :-) Nadszedł dzień wyjazdu 16.06, wszystko spakowane, startuję z Bielska, po drodze zgarniam Łukasza G. i jedziemy w kierunku Gdańska, skąd mamy wypłynąć promem o 18:00 do Nynäshamn. Chłopaki w drugim aucie wyruszyli z okolic Libiąża, dogadujemy się z nimi tak że widzimy się na miejscu pod terminalem. Szczęśliwie dojeżdżamy do Gdańska sporo przed czasem.
     


     
     
     

    Udajemy się do kantoru, przez telefon dowiadujemy się że mają w sprzedaży korony bo to wcale nie jest już takie oczywiste. W Bielsku w popularnych kantorach nie udaję się kupić koron, a trochę gotówki warto jednak mieć na takiej wyprawie. Nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. A tak w ogóle to Szwecja wycofuje się z gotówki :-(
    Odpływamy z Gdańskiego portu, mijamy Westerplatte.
     


     
     
     

    Chwila zadumy, czapki z głów dla bohaterów walczących z faszystami.
     


     
     
     

    Przed nami długi 18 godzinny rejs, było dużo czasu na to aby napić się kawy, wypić zimnego browara i pogadać o planach działania gdy już będziemy na miejscu. Wszystko przebiega zgodnie z planem i następnego dnia 17.06 koło godziny 12 dopływamy do Nynäshamn. Wyspani ruszamy w długa podróż, przed nami 1100km na północ aż pod koło podbiegunowe. Jedziemy znakomitymi drogami, prawie na całej trasie ogrodzonymi siatką, czujemy się bardzo bezpiecznie. Nie ma ciśnienia że nagle jakiś zagubiony zwierzak wyskoczy nam przed maskę samochodu. Podróż przebiega spokojnie, przy miłej dla ucha muzyce ze Spotify.
    Co jakiś czas robimy sobie przerwy na kawę i pogaduchy oczywiście o rybach?
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Docieramy na miejsce 18.06 o 4 rano. Jesteśmy w szwedzkiej Laponii gdzie o tej porze roku jest tutaj dzień polarny tj. białe noce. Latarki nie będą nam potrzebne ;-) Jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi, że już na miejscu. Idziemy spać a po kilku godzinach gdy już trochę się zregenerujemy, zbroimy się by wypłynąć na jeziorko do którego mamy około 50metrów. Czekają na nas pontony, wypływamy z Łukaszem G. chwilę przed chłopakami i zaledwie 200metrow po odpłynięciu od brzegu widzę dobre zapisy na echosondzie.
     


     
     
     

    Zatrzymujemy się i robimy pierwsze rzuty, są brania. Od razu łowimy ryby, na zmianę wyciągamy sandacze i szczupaki, gdzie nie wrzucimy przynęty jest strzał. Po 20 minutach łowienia Łukasz zacina dobrą rybę, robimy pierwsze fotki, mierzy 109cm to ogromny szczupak.
     


     
     
     

    Jak najszybciej uwalniamy go i cieszymy się z sukcesu. Po chwili Marek z Łukaszem Ż. też są na wodzie, opowiadamy co się wydarzyło. W tym dniu łowimy długo bo ryby biorą jak szalone a my jesteśmy w amoku. Głównie łowimy sandaczyki 40-45cm ale czasami biorą większe, takie do 60cm. Do tego wpadają także pojedyncze średniej wielkości okonie i duże szczupaki. Jakby zliczyć te ryby które złowiliśmy to myślę że samych sandaczy było koło 100szt., szczupaków koło 30szt. i trochę okoni. Tylu ryb dawno nie złowiłem :-)
     
    U chłopaków też było grubo, złowili również metrowego szczupaka :-) To był najlepszy dzień na jeziorku, każdy kolejny był trudniejszy ale zawsze udało nam się złowić spore ryby. W sumie 5 razy byliśmy na wodzie i złowiliśmy 5 szczupaków powyżej metra i bardzo dużo sandaczy.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Nie trafiliśmy takich dużych sandaczy jakie trafiły się Markowi i Łukaszkowi Ż. Piękne ryby, zobaczcie sami na zdjęciach.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Największy 80cm i kilka pod 80cm. Na okonie się nie nastawialiśmy ale jak gdzieś skubały nasze większe przynęty to brałem okoniówkę i robiłem kilka rzutów mniejszą przynęta i w ten sposób złowiłem trochę fajnych ryb, największy 44cm.
     


     
     
     

    Pogoda dopisywała aż za bardzo. W dzień upały do blisko 30 stopni a w„nocy” temperatura spadała do 15. Uznaliśmy że skoro trafiliśmy na taką falę upałów to będziemy łowić w „nocy” a w dzień będziemy spać. Były też momenty kiedy mocno lało i nawet burze przechodziły. Nie wspomniałem na początku tej relacji, że celem naszej wyprawy tak naprawdę był łosoś, ponad pół roku przygotowań po to aby udało nam się złowić tę rybę. Studiowanie tematyki dotyczącej łososi była na porządku dziennym. Szperaliśmy po szwedzkich i fińskich forach, analizowaliśmy statystyki z poprzednich lat, wypytywaliśmy kolegów z dużym doświadczeniem w tej dziedzinie o porady i wskazówki. To wszystko po to aby złowić pięknego dzikiego łososia, zrobić pamiątkowe zdjęcie, dać buziaka i zwrócić mu wolność :-) Tak, to się nazywa pasja, tego na pewno nie zrozumieją ludzie którzy większość czasu spędzają przed TV :-) Po wyłowieniu się na jeziorku w trzecim dniu naszego pobytu pojechaliśmy z Łukaszem nad rzekę Kalix, spróbować swoich sił w słynnym miejscu przy wodospadzie Jockfall.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Sam wodospad zapiera dech w piersiach i jest dużą atrakcją turystyczną.
     


     
     
     

    Siła wody która się przez niego przelewa jest nieprawdopodobna, to trzeba zobaczyć na żywo ;-)
     


     
     
     
     
     
     

     
     
     

    Tutaj zbudowano przepławkę dla ryb idących na tarło w górę rzeki.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Z mostu było widać dużo wędkarzy usiłujących złowić łososia. Ludzie przyjeżdżają tutaj z całej Europy i nie tylko „rozmawiałem” ze wparciem translatora z mieszkańcami Szwecji, Finlandii, Litwy i Estonii. Widzieliśmy też niemieckie rejestracje oraz czeskie. Spotkaliśmy też dwóch Polaków mieszkających już od 20 lat w Irlandii, bardzo pozytywni goście (pozdrawiam serdecznie Sylvester Sobczak oraz Marcel) przylatują do Szwecji samolotem. Po rozpoznaniu terenu kupuję przez internet licencję na łowienie https://www.ifiske.s...ke-jockfall.htm Bez problemu udało się kupić, zapłaciłem paypalem.
    Obok wodospadu jest restauracja w której jest sklep wędkarski, pamiątki, wypożyczalnia sprzętu. Można też kupić licencje za gotówkę lub płacąc kartą. Dniówka na nasze ~110zł.(250kc) i jest ważna od godziny do godziny, pełne 24h :-)
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Po przebraniu się w odpowiednie ciuchy, a tutaj trzeba być zabezpieczonym przed insektami bo chcą pożreć człowieka żywcem, jest ich tysiące :-) Udaliśmy się nad rzekę, znaleźliśmy fajne miejsce i nasze przynęty poleciały do wody.
    Robiliśmy sobie przerwy w łowieniu bo sprzęt którym się posługiwaliśmy był mocny, ciężki. W przerwach w łowieniu parzyłem kawę lub jak zgłodnieliśmy to grzaliśmy na kuchence zawekowane słoiki przygotowane w Polsce. Podawany był pyszny bigos i zupa meksykańska :-)
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Niewiele się wydarzyło. Łukasz G. miał jedynie mocne szarpnięcie w woblera ale nic z tego nie udało się zrobić, ryba okazała się sprytniejsza! Łowiliśmy w tym dniu od 21 do 6tej rano, dokąd starczyło „baterii”. W końcu przyszło duże zmęczenie i organizm upomniał się o odpoczynek. Do domku mieliśmy godzinę drogi, końcówkę jechałem na „zapałkach”. Musieliśmy się zatrzymać w pewnym momencie bo obraz zaczynał się rozmazywać. Butelka zimnej wody na ogoloną głowę poprawiła na chwilę samopoczucie. Żeby dostać się do domku musieliśmy się przeprawić darmowym promem przez jeziorko. Dotarliśmy do domku i padliśmy na twarz ze zmęczenia. Chłopaki jak się później okazało pięknie połowili na jeziorku, grube sandacze, przepiękne ryby. Zazdrościliśmy im, ale tak po koleżeńsku ;-)
    Jak odpoczęliśmy to czekał na nas tatar z sandacza, chłopaki przygotowali ucztę dla podniebienia.
     


     
     
     

    Następnego dnia ustalamy z Łukaszem G. że robimy dniówkę na jezioru aby sobie trochę odpocząć. Ryby brały ale trzeba było kombinować by osiągnąć dobry wynik. Kolejny dzień planujemy pojechać nad rzekę Ängesån, był tylko jeden problem, nie było do końca wiadomo gdzie kupić na nią licencję.
    W internecie była ale trzeba było mieć szwedzkie konto by za nią zapłacić. Później zorientowaliśmy się że można było ją nabyć we wspomnianej wcześniej restauracji na Jockfall oraz u jednego gospodarza z agroturystyką https://goo.gl/maps/mJvSSzSMqFvPE7M39
    Korzystniej było pojechać do tego gospodarza ponieważ mieszkał bliżej rzeki gdzie zamierzaliśmy łowić. Poszło w miarę sprawnie. Płatność tylko gotówką, więc w końcu się do czegoś przydała (24h 160kr).
     


     
     
     

    Miejscówki na rzece miałem zaznaczone na mapie już w Polsce tak więc po kolei sprawdzaliśmy je. Pierwsza nie spodobała się nam i pojechaliśmy dalej. Druga była już bardziej obiecująca, ale nic na nie nie mogliśmy złowić. Odwiedziliśmy trzecią i ona przypadła nam najbardziej do gustu bo pachniało w niej grubą rybą. Spotkaliśmy po drodze dwa białe renifery.
     


     
     
     

    Najpierw wzięliśmy lekkie spiningi by sprawdzić czy są pstrągi, lipienie i inne drobne ryby. Coś tam złowiliśmy ale bez szału, był jaź pod 50cm, kilka drobnych lipionków, a w spokojniejszej wodzie okonie i obcinka szczupaka. Jak tak sobie łowiliśmy w pewnym momencie zauważyłem w mocniejszym prądzie wyszła duża ryba, pokazała się kilka razy. Może było ich kilka, powyżej mnie stał Łukasz G. i też zauważył w innym miejscu spław dużej ryby. Obaj wiedzieliśmy że to nie może być nic innego jak łosoś.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Udaliśmy się po mocne wędki do auta, lekkie spiningi zostawiliśmy :-) Nasze wyobraźnie zostały mocno pobudzone. Może zaraz komuś weźmie i w końcu spełni się marzenie niejednego wędkarza. Niestety po kilku godzinach bezowocnego biczowania wody zeszliśmy z niej, pokonani. Niestety znowu się nie udało, sprawdziliśmy temperaturę wody w rzece, miała 20 stopni, Ci co jeżdżą na łososie wiedzą co to oznacza :-( Wróciliśmy zmęczeni całonocną wyprawą do domku aby naładować baterie, cały czas w nocy towarzyszyły nam meszki, komary i inne latające muszki. Ciekawe czy one też się zmęczyły atakowaniem nas :-) Jazda z powrotem przebiegała w dużej części szutrową drogą w otoczeniu pięknej dzikiej przyrody, wspaniały widok.
    Minął tydzień w domku więc musieliśmy się przenieść na pole namiotowe, padło na kemping przy wodospadzie Jockfall, za namiot zapłaciliśmy grosze, wyszło 30zł od osoby za dobę z dostępem do wszystkich mediów :-)
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Kolejne dni jednak nie przyniosły zmian, próbowaliśmy jeszcze dwie „noce” na rz. Kalix poniżej wodospadu, niestety nie udało się dorwać Laxa. Przez ten czas spędzony nad wodą nie widzieliśmy aby ktokolwiek złowił rybę.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    W jeden dzień jak byliśmy nad rzeką zaczęły się spławiać łososie. Nie mogłem w to uwierzyć że tyle ich jest, a my nie możemy złowić ani jednego! I to jest w tym wszystkim piękne. Jakby to było takie proste to by nas aż tak bardzo nie kręciło, a dwa tych ryb już by nie było bo kłusownicy i wędkarze zjedli by je wszystkie. Podsumowując, nie udało się dorwać łososia. Misja nie jest kompletna ;-) Połowiliśmy na jeziorku ogromne ilości ryb, 5 szczupaków ponad metrowych, chłopaki złowili chyba 4 powyżej metra no i przegięli pałę z dużymi sandaczami ;-) Grzech narzekać :-)
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Przyszedł dzień kiedy trzeba było wrócić do domu. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o miejscowość Fällfors gdzie na rzece Byske zbudowana jest przepławka dla łososi.
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Widzieliśmy ich tam kilka i nawet jednego nagrałem kiedy wyskoczył nad wodę
     
     
     
     

    https://youtu.be/7TZdaw6m2as 
     
     

    Kilka dni wcześniej przeszedł na tej przepławce łosoś mierzący 145cm, tak podał skaner :-)
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Czy jeszcze kiedyś się wybierzemy, tego nikt nie wie... Za naszą granicą dzieją się bardzo złe rzeczy, w rękach idiotów jest broń zagrażająca światu :-(
    Fajnie by było jeszcze pojechać, coś tam po cichutku trzeba jednak planować ;-) Dziękuję kolegom z którymi mogłem spędzić ten czas, że mogliśmy na siebie liczyć. Żonie i rodzinie dziękuję za wyrozumiałość. Kocham Was za to, i oczywiście nie tylko za to :-* Jakby ktoś był zainteresowany bliżej kosztami wyprawy, zapraszam na priv. Co wiem to przekażę, doradzę. Pozdrawiam Wojto
     


     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    PS mam nadzieję, że nie było nudne i fajnie się czytało ;-)
    KONIEC

  • Ech, połowili tak wspaniale na tej Saharze ostatnim razem. Przez 20 strony czytasz jak grubas jedzie na rowerze, narzeka na Arabów, Tuaregów, komunikację i nieprzyjemności sanitarne, żeby na koniec złowił jedną rybę. Tym razem ma być lepiej, ale kto by tam mu wierzył.
    Zapraszam Was do drugiej części (a jest szansa że i trzecia się trafi, bo już mnie pięty swędzą). Co będzie w tej? O nieznajomości lokalnych świąt i czy na pewno po szkodzie Polak jest mądrzejszy? O nocnym pościgu w Casablance. Czy warto nosić maseczki? O kleistym żulu i mistrzostwach w katarze. Ilu klownów zmieści się do jednago auta (autobusu). Czy „Yes, of course my friend” można wierzyć? Ile może być śmieci na pustyni i kto zgubił zęby? Dlaczego warto zabrać kogoś kto ogarnia rzeczywistość i na końcu o tym jak w godzinie próby z odsieczą nadchodzą Francuzi (doczekaliśmy się). Zapraszam Was do lektury opatrzonej zdjeciami wieloma, i moimi i Slidera. Myślę, że przy jego bardzo charakterystycznym stylu będziecie wiedzieć które są które, a jak nie – dobre są Slidera, reszta jest moja ???? . Jako ciekawostka – całość relacji zrobiona telefonami, aparaty zostały tym razem w domu. Pozwolę sobie też podlinkować trochę muzyki, również z Sahary, która towarzyszyła nam w drodze.
    Po poprzedni wyjeździe, zakończonym spektakularnym sukcesem, już szykowałem się na kolejny, na dogrywkę, na wyrównanie krzywd, rachunków i spełnienie marzeń. Panda niby też, ale jakoś tak słabo przekonany. Do idei zapala się za to znany Wam z forum Michał Slaider. Odzywa sie też Rado, mój dobry przyjaciel z Irlandii, doświadczony podróżnik pochądzący ze Słowacji. No dobra, paczka wybrana. Szukamy wysokich pływów we wrześniu, nawiązuję kontakt z Alim, poznanym rok wcześniej przewodnikiem. Ceny ma zaskakująco przystępne, dojazd w normalnych cenach, wyjdzie naprawdę do ogarniecia, w +- 800e zamkniemy tydzień w Maroku. Pewnie
     



     

    Zaliczka wpłacona, Rado ogarnia bilety na swój samolot, Slider na swój. Panda jednak nie ma czasu na takie pierdoły i nie jedzie. Nauczony poprzednimi „Sukcesami” tym razem pakuję się na lekko. Odpuszczam sprzęt foto, pudła przynęt. Wędki – dwa travele Shimano, dwie okumy BG. Dwa pudła i jakieś 30 przynęt. Ciuchy na słońce w duplikacie, wygodne gacie do autobusu i crocsy. Dzień wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, podobnie jak Slider gdy spotykam go na lotnisku. Za każdym razem zdąrzam zapomnieć, że ma 2.20 wzrostu (albo i wiecej). Na każdy krok tej wieży ja musze zrobić z naście na moich tłustych nóżkach, nie ma łatwo. Przed przyjazdem Slider przysyła kurierem swoją wędkę – Konger 315cm, w dwóch kawałkach. Wielka paka krąży od Barceolony do Sevilli, do Madrytu, przez kraj basków, wreszcie po dwóch tygodniach udaje się jej dotrzeć wreszcie na miejsce.
    Ok, ekipa na miejscu, zwarci, gotowi. Terminy dograne, ruszamy po bilety na prom. Ustawiamy się na prom z dobrym zapasem, tak by nie uciekł nam bezpośredni autobus do Dakhli (tak tak, doświadczony przecież już ze mnie globtroter). Jak już obładowani tobołami lądujemy w terminalu – sorry, prom nie płynie, zepsuł się. Następny za dwie godziny, tłum zdenerwowanych Hiszpanów i Marokańczyków usiłuje przebukować bilety. My w bonusie bilety kupiliśmy w sklepie przed portem (po co stać w porcie w kolejce), więc biegiem, w jakimś apokaliptycznym oberwaniu chmury (w Andaluzji nie pada do połowy października, co nie?). Tam Pan Arab, z głębokim smutkiem w oczach i cwaniackim uśmieszkiem każe nam najpierw spadać na drzewo, później gadać w terminalu może nam bilet zmienią, a na końcu, dla pewności, wskazuje najbliższe drzewo i sugeruje zgęszczać ruchy. Dobra, w cholernej ulewie biegniemy ślizgając się po chodniku (crocsy jednakowoż nie są optymalne biegowo na mokro) w stronę terminalu. Dziarsko mijają nas dziady z tobołami, ich marokańskie cichobiegi z koziej skóry dają im wyraźną przewagę przyczepności nad Gringos w crocsach. Zagotowani (dobrze ponad +30 na budziku), z powyłamywanymi nogami, ale bez gleby, wracamy do terminalu, by stanąć na szarym końcu kolejki. Te dwie godziny zapasu na drugi prom mijają dość szybko. Pani w okienku kręci trąbą, tu nie może, chyba tylko dwa z trzech może przebukować. W końcu opiera się o „Pana Kierownika drogiego”, który co prawda 2 złote nie miał ???? ale wznosząc oczy ku brudnemu sufitowi z betonu, przyzywając Dios Mio i wszystkich świętych w końcu kliknął ENTER i maszyna wypluła nasze bilety. Wyrwałem je z drukarki i niczym Usan Bolt, bez nogi, z plecakiem, 30kg nadwagi, ale jednak niczym Bolt przez zakorkowane środmieście - pomknąłem w strone odjeżdżającego już autobusu na prom (autobus jedzie z Algeciras do Tarify, skąd płynie bezpośredni prom do Tangeru). Tam oczywiście dyskusja, że takiej wielkiej tuby jak wędka slidera to nie można, kto to widział, on już jedzie, nie ma czasu. Presja wywierana groźnym spojrzeniem, pokrzykiwaniem przez translator w telefonie i kurczowym trzymaniem się uszczelki drzwi w autobusie w końcu zadziałała, bagaże w luk, my na pokład. Widzę w tym wszystkim rosnący wkurw Rado. Człowiek spokojny niczym góra lodowa, potrafi chyba jednak na wkurwie zatopić transatlantyk. Chyba nie docenia chaosu południa Europy z domieszką lokalnego „Casi lo siento, no possible” (prawie mi przykro, nie da się). W końcu autobus wyczołguje się z portu i wiezie nas z zawrotną prędkością górami wzdłuż cieśniny, do Tarify, skąd płynie bezpośredni prom do Tangeru.
     
     
     
     
     
     
    Już mi schodzi ciśnienie, już zadowolony zaczynam cieszyć się z podróży. Kciuki do góry, poklepywanie po plecach, daliśmy radę, co nie?
     
     
     
     

     
     
     

    Nie.
    Dopływamy do Tangeru z jedynie 30 minutowym zapasem. Prom załadowany extra 50% człowieków, więc z taxi pod górkę, licytacje, wymachiwanie banknotami. Seńor, Sir! Krzyczy do nas lokalny ziomek. Wskazuje na swojego mercedesa, pamietającego czasy chyba nie tylko muru w Berlinie ale nawet przed jego wzniesieniem. Wrzucamy na szybko bambetle do taxi, tuba w poprzek kabiny. Wsiadamy, facet zatrzaskuje i rygluje z zewnątrz drzwi (od środka się nie da) i pędzimy na dworzec. Upał, huk, skwar. Lepi się do człowieka tapicerka drzwi wykonana z opon samochodowych, niebieski pocisk śmiga przez ruch, ciężarówki, osły ciągnące wózki, ludzi na skuterkach. Z powrotem w Maroku! Kocham w swój sposób to miejsce. Na dworzec wpadamy 10 minut przed odjazdem autobusu. Facet w okienku nie sprzeda nam biletów bo już za późno. Autobus stoi, ja się zaczynam powoli gotować (zajmuje mi to jakieś 2.5 sekundy). Nie, nie da się. Ile to moze kosztować żeby dało się? Nie da się. Ale może może? Tak ładnie prosimy i tak bardzo się staramy, długa podróż przed nami. Facet to rozumie, kierownik to rozumie, nawet zawołany kierowca to rozumie, biletów nam jednak sprzedać nie mogą – nie ma miejsc.
    Święto.
    Jakie święto do cholery? Ani Ramadan, ani Eid, o co tym razem. Nowy Rok. No tak, początek września, tego nie przewidziałem. Autobusy zapakowane po dach, na kolejnych dworcach facet ma podróżnych, jest kompletnie załadowany – nie da się. W dodatku na dzisiaj nie ma już biletów ani do Agadiru, ani do Marrakeshu, nawet do Casablanci nie pojedziemy.
    Autobus odjechał, nasze taxi odjechało, sterczymy jak najpierw zmoknięte a później obeschłe kurczaki na dworcu – czas na plan B. Pociąg. Sympatyczny taryfiarz zawozi nas nas na dworzec. Dworzec na pełnym pier..., nigdy wcześniej nie widziałem tak działającego i dobrze ogarniętego transportu w Maroku. Chwila zamieszania z biletami i jedziemy za 25e do Casablanci nowką funkiel TGV. Przyzwyczajony do dziesiątek godzin w dusznych, zatłoczonych i ciasnych autobusach ciężko uwierzyć, że suniemy 250km/h wygodnym klimatyzowanym pociągiem. Wypluwa nas na dworcu, jest już późny wieczór. Wiemy, że główny przewożnik autobusowy nas już nie weźmie na południe. Na dworcu wyłapuje nas sympatyczny gościu, kolejny taryfiarz. Za naście euro znajdzie nam autobus jadący na południe, w Casa jest kilka dworców i mnóstwo przewoźników. Facet się zangażował, ale odbijamy sie od dworca do dworca, wszedzie komplet. Jego mikro peżocik w dwunastym wcieleniu ledwo widoczny spod łuszczacej się i nakładanej chyba wałkiem farby mknie przez nocną Casa, podskakuje na torach tramwajowych, zakręty bieże prawie na dwóch kołach.
     


     
     
     
    Dziki nocny pościg za ostatnim autobusem jadacym jeszcze dziś na południe, na dworcu ostatniej szansy. Tam niestety odprawią nas z kwitkiem dosłownie - wysyłają pod adres napisany na karteczce. Tam jest jakieś nowe przedsięwzięcie, co jeździ do Agadiru. Problemu to nam nie rozwiązuje, ale jest to najlepsza ze złych opcji. Nasz taryfiarz ogarnia temat biletów, kosztują jakieś śmieszne pieniądze. Żegna nas czule, naprawdę, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi, Rado wpycha mu jeszcze spory napiwek – facet naprawdę wyrobił kilkaset procent normy. Zostajemy w środku nocy, z wypisanymi na kartce z notatnika „biletami”. Jakieś skrzyżowanie, wraki aut. Autobusu brak, ale ma być za półtorej godziny. Dochodzi północ więc czas na kawę. Zaspany barman serwuje nam 3 porcje płynnego asfaltu podlane przypalonym mlekiem. Cholera, jakbym znał to miejsce wcześniej to nie szarpał bym się z biletem. Dwie takie kawy i przed świtem dobiegłbym do Agadiru ...
    Stał się cud, autobus wtacza się spod wiaduktu. Zawalony ludźmi po dach. Prezentujemy kierowcy nasze papierki i ten o dziwo kiwa głową, wywala kogoś żeby zwolnić nam miejsca i ... ruszamy na południe!
    Rado ląduje wciśniety miedzy starą babę a królika w klatce, Slider gdzieś zniknął z tyłu. „Slider jesteś?” Ryczę na cały regulator by skomunikować się z kilkoma rzędami do tyłu. „Tak”. „Siedzisz?”... „Nie wiem”, pada wyduszone gdzieś z trzewi bestii zbiorowej komunikacji. Plecaki na kolanach, ledwo oddycham, Slider jeszcze z tą cholerną rurą gdzies się szamoce. Autobus swą podróż kończy już po kilku minutach, na jakimś wielkim targu. Kierowca wysiada, bez słowa idzie gdzieś fpisdu. Koło mnie budzi się jakiś lokalny kolo. Kim jesteś pyta po angielsku. Kuba. Acha, to dobrze. Facet jest chory na maxa, kaszle, charczy, spluwa, kicha i prztycha niczym stary diesel zimowego poranka, cholerny inkubator się mi trafił. W myślach przewijam wszelkie znane ustrojstwa jakimi można się zarazić od tego zioma, od tężca po heinego medina. Najsłynniejszego kaszlu swiata wtedy jeszcze nie znamy, maseczek niestety też. Mijają godziny, wpycham mu prawie siłą na paszcze chusteczki. Mimo mistrzostwa świata w katarze (a jakże, Maroko daleko zaszło) facet nawija jak nakręcony, pół historii życia już usłyszałem, jama pełna glutów nie zamyka się nawet na sekundę. Mija pół godziny, godzina – kierowcy nie ma. Autobus pełen ludzi, wyłączona wentylacja, powietrze można kroić. Standardowym zwyczajem, na pokład wsiadają sprzedawcy batoników, piszczących piłeczek, skarpet, świecących piłeczek, jeden skurczybyk ma nawet warczące i świecące UFO na patyku. Lezie, drze japę, nadupca tym UFO na patyku migającymi diodami ludzi po głowach, przed amputacją oka ratują mnie tylko okulary. Było blisko i do pełnego pirata brakowało by mi tylko gadającej papugi, choć pewnie jakbym zabrał SARSika z fotela obok to by się nadał, gada non stop. Sprzedawca UFO i batoników niewidomy, więc ludzie tylko go przepychają przez autobus. Kolejna godzina obnośnego jarmarku, bab płaczliwych i dziadów stękających i oto na horyzoncie pojawia się nasz oprawca i zbawca w jednej osobie – kierowca autobusu. Rusza, przy prawie-że owacji ludzi na pokładzie, włącza nawet wentylację, „lucki pon” z niego, ma gest. Reszta podróży to przysypianie, budzenie się na chopkach i zakrętach, przysypianie, jakieś dziwne twarze. Katarczyk wreszcie zasnął i przestał infekować, zadanie jak się okaze wykonał więć śpi snem spełnionego człowieka. Zjeżdżamy w środku nocy na postój, gdzieś w środku niczego stoi stacja, przy niej grill, tajiny i kebaby.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Gdy wreszcie koszmarna noc się kończy, o świcie – okazuje się że jesteśmy już za Agadirem. W d... jakiejś, Kierowca nas zawiózł trochę dalej bo „tutaj łapiecie wszystkie autobusy na południe, każdy bus tutaj staje”.
    Blady świt, smród dopalających się tajinów, spalin. Zmęczony, ledwo widzę na oczy. Z resztą, to co widzę to sterty śmieci i dziada w fartuchu sprzedającego bilety. Nie ma. Nie ma dzisiaj biletów, bo to proszę panów, mamy święto narodowe, wszyscy podróżują do rodziny i biletów nie ma. I nie będzie. Jasna cholera, jesteśmy w naprawdę dziwnym miejscu. Szybka narada. Z rzeczami, jako najmniej przytomny a jednocześci budzący największą grozę gabarytem zostaje Slider. Stoi smętnie przysypiając, wokól niego niczym hieny wokół żyrafy krążą lokalne cwaniaczki. My z Rado wycofujemy się strategicznie, obiecujemy powrót, po znalezieniu transportu lub miejsca do zatrzymania. Gdy wychodzimy z dworca mam przed oczami scenę, jak na kupce naszych gratów Slider ma swój last stand, odgania marokańskie zombi swoja tubą usiłując powstrzymać ich przed rozniesiem naszych bagaży. Zmęczenie na maxa, wyłażę na drogę i prawie rozjeżdża mnie brak bliżniak naszej poprzedniej taxi – antyczny niebieski mercedes. Przekopujemy oba dworce dostępne w tym uroczym „mieście bez nazwy na południe od Agadiru, gdzie zatrzymują się wszystkie autobusy jadące na południe”. Biletów nie ma. Może będą jak wrócimy wieczorem. Miejsc w hotelach nie ma. Nic nie ma. Hassan Kononowicz tu ogarniał zarządzanie ewidentnie. Wreszcie wychodzimy zza rogu na wielki nowoczesny hotel. Na szyldzie ma napisane jasno – nie stać cię. Rado jednak w desperacji wchodzi, gada. Wychodzi zadowolony. Za dość oszałamiającą jak na lokalne warunki kwotę 60e mamy pokój do zmroku, dla trzech. Wracamy po Slidera. Oparty o tubę usiłuje nie zasnąć, widać że ostatni płomyk nadziei, że wrócimy po niego zgasł w jego oczach dobre 15 minut temu. Pogodził się że tutaj będzie jego koniec, nawet już muchy po nim łażą, nie zwraca uwagi. Straszne co Afryka robi z ludźmi, mniej niż 24h... W hotelu zaliczamy lekkiego zonka. Zmieleni, wymięci, śmierdzący całonocnym budżetowym autobusem zostajemy wprowadzeni przez Pana W Mundurku do windy. Pomaga zapakować bagaże, pakuje nas do pokoju. W pokoju czysto, przyjemnie, łazienka z prysznicem i z normalnym kiblem, nie trzeba się skupiać „na Małysza” jak w każdym innym miejscu w Maroku (spróbujcie taką sztuczkę bez nogi zrobić, trzeba być bombardierem w poprzednim życiu żeby to ogarnąć celnie). Korzystamy z dobrodziejstwa cywilizacji i postępu (wi-fi) kiedy Rado oznajmia, że on w zasadzie to ma już dość (przed nami kolejne min 24h podróży w autobusie) i na powrót kupuje nam bilety na samolot. Nawet jak nie chcemy, nie zamierza się tłuc busikiem kolejne 2-3 doby. I tyle. Okazuje się, że bilety nie są aż tak drogie, 50% extra do dwóch dni autobusem i sprawę załatwiasz airbusem w dwie godziny. Brawo ja, mistrz organizacji. Dodatkowo na trasie do Dakhla nie pobierają opłat za bagaż, moze być dowolnych rozmiarów byle by nie przekroczył 30kg (kitesurferzy latają tam ze swoimi skrzydłami). Śniadanie w super czystej i ogarniętej restauracji i za całe 6e od głowy, najedzeni i zadowoleni idziemy spać. Tak, kolejny raz, śniadanie jem na kolację...
    Poranek, czy też wieczorek budzi nas kakofonią wrzasków, trąbień, ryku starych diesli. Widok z okna na dworzec.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Wychodzimy wczesnym popołudniem. Spacer po targowisku i szybka przekąska w lokalnej knajpie.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Kebab (a jakże), z kukurydzą, oliwkami, mięsem z nie wiem czego. Zapraszają nas na górę, do „Jadalni” ewidentnie stworzonej na innych gabarytowo ludzi niż my.
     
     
     
     
     
     
     
    Wsuwamy nasze kebabcze jednocześnie obserwujac wspaniałość okolicy. Głowna droga, kolumna aut, smród spalin. Wózek, na nim zarżniete kozy i owce. Z wózka kapie krew, krew chłepce pies. Obok siedzi dziad proszący o kasę. Śmieci góry. Wracamy do hotelu po rzeczy. Koło hotelu – hałda gruzu, śmieci, po jej środku – zajezdnia lokalnej komunikacji krótkodystansowej. Ściśnięci ludzie w autobusikach, dziesiątki ludzi sortujące gruz i śmieci, dosłownie 5 minut mojego kuśtykania od głównej drogi miasta.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Słońce zachodzi, przedziwny zachód słońca skąpany w smogu autobusów z dworca.
     
     
     
     
     
     
     
    W pierwszych ciemnościach wracamy na dworzec. Bilety – są. 3 ostatnie bilety do Dakhli! Pan w brązowym fartuchu sprzedaje je, waży nasze bagaże, kupujemy osobne bilety na bagaż, bagaże ladują na wózku, autobus będzie za około godzinę.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Przyczepia się do nas jakiś lokalny żul, nie wiem co mu się stało, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Z całej twarzy, oczu, nosa, ust, cieknie mu przeźroczyste coś. Sztacha się czymś z worka, klej czy rozpuszczalnik jakiś, ale ewidentnie organizm źle to znosi. Jeffe w fartuchu nadciąga z odsieczą, odgania żula miotłą na długim trzonku i na wszelki wypadek zostaje z nami gdyby żuł miał wrócić. Autobus nadciąga, wtacza się na stop, otwiera czeluście bagażnika gdzie Jeffe de Fartuch energicznie upycha nasze bagaże, ja na wszelki wypadek czekam by upewnić się, że nic nie zostało. Jeffe zajęty, ja odwrócony tyłem. Szturchanie w plecy. Odwracam się a tam... A jakże, żul kleisty... Daj kasę, uniwersalne zawołanie. Facet z prawdziwym agresorem napędzonym wcześniej miotłą, robi się słabo wesoło, tym bardziej że jestem sam, a w zasiegu wzroku miotły nie mam. Taki „The last of us” butapren edition, na moje OI!!! odwraca się Jeffe i bierze gniew żula na siebie i swą miotłę, ja czmycham do autobusu. Okazuje się, że sytuację pilnie obserwował Slider, mój Hodor nie pozwolił odjechać autobusowi beze mnie na pokładzie. Drzwi zamkniete, sprawdzenie papierów – kierowca sprawdza nasze paszporty, liczy kopie ksero paszportu na każdy check point. Pozwala w końcu usiąść na samym tyle, tam gdzie zawsze siadały te popularne dzieci w klasie ???? W ciemym autobusie zajmujemy miejsca i ruszamy na pustynię!
     
     
     
     

     

    Poranek wita nas już w innym świecie. Pozbawiony koloru piasek i kamienie ciągną się po horyzont. Wszędzie pustki, nie licząc sunącego wężą pojazdów na jedynej drodze na południe. Rano osiągamy Laayoune. Autobus krąży przez wąskie uliczki, wypluwa część pasażerów na dworcu, pochłania następnych.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Wysiadamy na chwilę rozprostować kości. Tym razem obcokrajowców jest kilku. Po za standardowym wyposażeniem każdego autobusu, którym jechałem przez pustynię – chińskim urzędnikiem/biznesmanem w tanim, brązowym garniturku, rogowych oprawkach i z teczuszką na kolanach. Dodatkowo towarzyszy nam wielki, ale to naprawde wielki i zwalisty czarny ziomek z Mauretanii. Slider przy nim wygląda jak kruszynka, ja i Rado jak jakieś moskity. Jest i Japończyk. Najbardziej stereotypowy jakiego możecie sobie wyobrazić. Mały, drobny, w czymś w rodzaju kimona i drewnianych klapkach. Serio, nie zmyślam.
     
     
     
     
     
     
     
    Ruszamy dalej, ostatni posterunek cywilizacji na następne 550km. Przed południem wpadamy na duży checkpoint. Oficerowie wchodzą na pokład. Biorą ksera dokumentów. Wraca jeden, zmarszczone czoło, obcokrajowcy OUT! Wyłaże ja, ziom bez nogi. Facet – brwi do góry. Za mną Rado – cały w dziarach. Slider – człowiek XL, chiński biznesmen z teczuszką, Japończyk w tradycyjnym wdzianku i drewnianych klapkach. Na koniec wytacza się Mauretańczyk, autobus jakby przechyla się na drugą stronę, gdy robi „mały krok dla człowieka” i staje na piasku Sahary. Celnik brwi to ma już chyba na łopatkach, drapie się w czoło, zagląda w papiery, zaczyna się odpytywanie. Mauretańczyk wraca do chaty, Japończyk jest na wyprawie życia, my jedziemy na ryby na pustynie, Chińczyk jedzie korumpować lokalnych decydentów. Trochę kminią, wykonują „Ważny Telefon”, kiwają głowami, możemy jechać dalej. No to jedziemy.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    W Dakhli czeka na nas Aziz. Ani słowa w europejskim języku, jednak translator w telefonie ogarnia sprawę. Zaprasza nas do biura firmy
     
     
     
     
     
     
     
    Podpisujemy umowę, dopłacamy resztę kasy, ubezpieczenia itd – wszystko legitnie, przejrzyście, jak powinno być.
    Ruszamy z Dakhli do obozu, ok 90 km drogi wokół zatoki. Ostatni odcinek to już typowy offroad, czas na zrzucenie ciśnienia z opon, by móc toczyć się po piasku.
     
     
     
     
     
     
     
    Wita nas Ali, serdecznie, jakbyśmy byli rodziną a nie klientami. Miło, przyjemnie, pokazuje nam nasz domek, tak naprawdę wyglądający na domek namiot na stelażu, bez okien, za to z towarzyską myszą. Ali, jego syn Ibrahim, pomocnicy, Aziz, nasz kierowca. Nad obozem powiewa wielka marokańska flaga. Atmosfera – bardzo dobra. Szybkie śniadanie i ruszamy nad wodę. Wieje – potężnie. Kilkadziesiąt km w twarz, przynęty prawie-że zawracają w powietrzu, mimo że same dobre fruwacze.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Standardowe obwąchiwanie. Slider rozpakowuje swoją tubę, wyciąga kij Kongera. Ja pierdaczę... Prawie mnie przewróciła waga tego zestawu. Dla Slidera to trochę taka wędka okoniowa, no może przesada, ale wygląda z tym bardzo proporcjonalnie, ja z Rado to trochę jak Hobbity z kopią rycerską. Obaj z Rado używamy 6 częściowych Shimano STC Dual tip w wersji 305 28-122g. Zacne wędki, Rado ze swoją kawał świata zwiedził, dla mnie to pierwsze podejście. Daiwa BG, ja mam wersję 4000 (tej samej używa Ali) Rado i Slider mają 5000 – wielkie betoniary. Plecionki 60lb na każdej szpuli.
     
     
     
     
     
     
     
     

     

    Za radą Rado najpierw rozgrzewka, rozruszanie mieśni ramion, stawów. Po poprzednim wyjeździe, po tygodniu mielenia poperami i power casting nabawiłem się kontuzji barku, zimą ledwo podnosiłem kubek z herbatą. Tym razem - może bedzie lepiej? Walka prawdziwa by sięgnąć ryb, przynęty nie dolatują do rafy. Kilka odprowadzeń pod same nogi, ryby wychodzą za przynętami prawie na sam piasek, zawijają się pod szczytówkami. Jedno branie, spinam rybę po kilku sekundach, wzięła na bardzo krótkim dyszlu. Aktywność ryb bardzo mała, niezbyt zainteresowane podgryzaniem woblerów.
    Na popołudnie jedziemy do Puerto Rico, taka lokalna plaża. Ali przebija się samochodem wzdłuż skał. Mówi że tu będzie dobre wyjście na głęboką wodę, ryby podchodzą pod same nogi, nie trzeba aż takich zasiegów rzutu.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Mielimy wodę ile fabryka dała, niestety po za jednym małym pompano, którego trafił Ali, w wodzie trochę martwota. Nie martwice się, pociesza Ali przez translator, dzisiaj jest za mocny wiatr, słabe brania, schodzi wichura w nocy, jutro będzie lepiej. Łazimy po skałach, plaży, ja decyduję się iść „za winkiel”. Człapię sobie piaseczkiem, nie przeszkadzam nikomu. Rzuty z wiatrem w bok, więc da się sięgnąć i te 70m. Rzut, krok dwa, rzut. Huk wiatru, szum morza. Nagle z błogostanu wyrywa mnie przeciągły gwizd Aliego. Podnoszę wzrok. Po klifie w doł sunie w moją stronę kilka psów, średniego rozmiaru. Plażą przede mną lekkim chodem bieży ku mnie kolejne kilka. Drogę powrotną mam odcietą przez kolejne 2-3 sztuki, które obiegły mnie górą klifu i ustawiły się między mną a moim stadem. Ali gwizdami i krzykiem je płoszy, ja grzecznie truchtem wracam do niego. Wielkiej rozmowy nie ma ze względu na barierę językową, ale rozumiem, że było blisko.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Wracamy bez ryby, dość zmęczeni. Atmosfera taka sobie, bo po podróży, o kiju, plus cieżko się porozumieć – czy robimy to dobrze? Dobrze prowadzimy? Dobre przynęty? Za każdym razem odpowiedzią jest wesoły uśmiech i „Yes, of course my friend”. Wieczorne jedzenie i odwiedziny ludzi w mundurach. Trochę początkowo sztywnie, jakby inspekcja wojskowa, jednak gdy wyższe stopnie pojechały został jakiś normalniejszy, mówiący po nagielsku, przysiadł się do nas w głównym namiocie, tzw chilloutowni. Sam łowi ryby dość często. Wizyta była kurtuazyjna, Ali jest emerytowanym oficerem jakiegoś bardzo wysokiego stopnia, dowodził jednostkami w okolicy. Nowi dowódcy odwiedzają go zwyczajowo, uzyskać „błogosławieństwo”. Zapada wieczór, wpada do nas Ali z winem, ale z rozmową trochę trudno. Ali mówi bardzo dobrze po francusku, zupełnie nie jak my, natomiast angielski idzie słabo. Porozumiewamy się mixem translatora, hiszpańskimi słowami. Ustawiamy się na start o świcie, śniadanie przed 7 i łowimy. „Yes, of course my friend”.
    O 7 wita nas jedynie obozowy pies. Wszyscy po za nami śpią w najlepsze. Lekko wkurwieni tym razem ruszami sami z buta nad wodę. Miejsce jest może kilometr od namiotów, w kilku czujemy się dość bezpiecznie. Mielimy wodę bez większych sukcesów. Jakieś dwie godziny poźniej mija nas Ali swoim Mitsubishi, prawie bez reakcji, znika na pustyni. Hmmmmm. Mija godzina czy dwie bezowocnej młócki, z której nic zupełnie wynika. Ali wraca, ale nawet przy nas nie zwalnia. Trochę dziwne to gajdowanie... Sprawa wyjaśnia się chwilę póżniej, idzie od strony obozu z jakimiś gostkami z wędkami. Zatrzymują się dobre 200m od nas, zaczynają łowić. Chwilę później Rado dopina pierwszą rybę. Wreszcie!
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Palometon nie jest duży, jednak schodzi mi ciśnienie. Namówiłem chłopaków, przylecieli po 6tyś km i na razie jest co prawda barwnie, ale trochę wyjazd w klimacie d... po szkle. Jest pierwszy palometon, nastroje od razu lepsze. Ok 12 macha do nas Ali, że mamy wracać, sam zawija się z gostkami. Nadjeżdża z obozu Aziz swoim Landcruiserem, Ali macha nam żeby wyjść na wydmę i czekać na auto. Aziz zakopuje się na chwilę, ale szybko wydostaje się z piasku. Czekamy na wydmie, pod nogą coś w piasku twardego. Schylam się i podnoszę ludzką żuchwę.
     
     
     
     
     
     
     
    Chyba jednak któryś z klientów nie zapłacił, ewentualnie dopadły go psy ????
    Aziz pakuje ją z namaszczeniem w ręcznik, w obozie przekazuje Aliemu, Ali zapewnia nas że zajmą się nią z honorami i pochowają jak należy. Kości stare, więc pewnie wyrzucone przez morze.
    Poznajemy też dwóch „gostków”. Nasz gajd zabukował też drugą ekipę na ten okres, damy radę się zmieścić. Z jednej strony zaliczamy zonka, przyzwyczajeni raczej do gajdowania 1:1, z drugiej strony – mamy szczęście i okazują się być świetni, weseli, z biglem i przede wszystkim w podobnym bardzo klimacie. Ułatwiają też nam komunikację, obaj mówią świetnie po angielsku, prostują nieporozumienia i oczyszcza się klimat. Ali i ekipa byli dość zdumieni naszym porannym startem, przed 10 nie ma tutaj akcji, musi podnieść się słońce. Łowienie jest od +- 9.30 do 13 przy obozie, później lunch, o 15 uderzamy na inne miejsce, wracamy przed 20 i wielkie żarcie i ogólna biba przy obozie, można też iść na nocne łowy wywalić jakąś zdechłą rybę. Aliemu też chyba schodzi stres i jest to pierwszy naprawdę udany wieczór.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Wieczornę turę łowienia zaliczamy w miejscu kilkadziesiąt km na południe od obozu, w głąb obszaru wojskowego. Ali instruuje nas w którą stronę zdjęcia można, w którą nie, gdzie nawet nie pokazywać aparatu/telefonu. Wielka stacja radarowa, pod nią łowi się ciekawe ryby.
    Jedziemy w dwa auta, wędki przypiete do dachu. Samochody nawet nie zwalniają, gdy z głównej drogi zjeżdżamy na piasek. 80km/h, pędzą dwie terenówki. Przed nami posterunek, wojsko, koleiny po środku pustyni a na nich szlaban i wartownik. Na widok zbliżających się aut szlaban idzie w górę, a młodzi żołnierze na baczność. Ali jest tu naprawdę dobrze znany.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Niestety na miejscu wiatr prawie nas ściaga ze skał, łowić się nie da, naprawdę trudne warunki. W ramach ciekawostki, dojeżdżamy nad wodę, w środku niczego. 90km do najbliższego miasta, ponad 40 do najbliższej wioski. Na plaży linia wysokiego pływu zaznaczona ciagnącą się w nieskończoność hałdą plastiku. Butelki, kanistry, siatki, folia – wszystko wymieszana w bezkształtną breję sięgającą po kolana. Nasz Landcruiser zakopuje się przy pierwszej próbie przebicia przez ten syf, musimy się wycofać, wziąć rozpęd i dopiero udaje się przejechać na drugą stronę. Tyle na temat zastąpienia plastikowych rurek do picia papierowymi, w celu chronienia oceanów. Może i w EU jakoś zauważamy ten problem, jednak reszta świata ma na to solidnie wiecie co. Co ciekawe, za lwią część tego koszmarnego syfu odpowiadają duże zachodnie firmy, nestle, pepsi, coca cola. Oczywiście jak i z emisjami, mamy do czynienia z „prywatyzacją winy” gdzie za syf odpowiada konsument, nie producent tego toksycznego śmiecia. Dobrze gdyby podobna kasa jaka idzie na propagowanie „tyś jest winien że zdechły w męczarniach żółwie/wieloryby/delfiny/Greta Thurnberg” poszła na dobranie się im do budżetów i zmuszenie ich do odejścia od plastiku.
    Niestety, mój towarzysz z kataru z drogi do Agadiru osiągnął sukces, wieczór kończę już z gorączką, ostrym bólem i kaszlem/katarem. Ledwo się ruszam, gdy następnego dnia rozchodzimy się po plaży, dopiero wstające słońce poprawia trochę sytuację. Dobrze że Slider jest borderline hipochondryk i przywiózł walizkę leków, więc aspiryna, ibuprom, szczepionka na heinego medina i mogę łowić
    Wyjeżdżają pierwsze ryby. Początkowo niemrawe, jednak już po kilku rzutach zaczyna się akcja
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Przed południem Rado ma branie, które prawie wciąga go do wody
     
     
     
     
     
     
     
    Po ostrej walce ląduje wreszcie potwora!
     
     
     
     
     
     
     
    Tak wygląda spełniony człowiek, który dla jednej ryby machnął prawie 6 tyś km w jedną stronę!
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Doławiamy jeszcze kilka ryb, Slider spina swojego pierwszego Palometona, po tym jak podcieła go fala (freak waves potrafią tam pojawiać się znikąd).
    Tutaj warto wspomnieć o jednej nietypowej sprawie. Otoż Ali jest przewodnikiem, który jako chyba jedyny w Maroku stara sie wypuszczać ryby. Bez wiochy jakiej doświadczyłem u Karima, bez beretowania wszystkiego co się rusza. Wiadomo, ryba jak jest trafiona, spompowana, ostro krwawi – dostaje w beret i zaproszenie na kolację przy świecach, jednak widać starania by ryby wypuszczać, łowić cięższym zestawem, ograniczać czas walki – ogarnia C&R, jest to miłą odmianą nawet w stosunku do Hiszpanii.
    Popołudniowa zmiana to znowu Puerto Rico, niestety bez dotkniecia. Łowimy my, Francuzi, Ali i Aziz. Ewidentnie jeszcze ich nie ma.
     
     
     
     
     
     
     
    Nasz ostatni dzień wita nas piekną pogodą, wiatr siadł. Rzuty wreszcie siegają rafy. Zaczyna sie jeden z najlepszych wędkarskich dni mojego życia. Od samego startu ryby są aktywne, odprowadzają, stukają. Co kilka minut któryś z nas holuje rybę, są pierwsze którym nie dajemy rady.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Pod koniec porannej tury zakładam poppera. Rzut, ile fabryka dała, tymi zestawami kręcimy ok 90m. Popper wpada do wody. Pop, Pop. Woda eksploduje. Mimo odległości widać rybę przebijającą powierzchnię, zgarniającą poppera. Furia brania i wściekłość po zacięciu. Za to kocham właśnie palometony i bluefishe. Zero „płaku-płaku, zły człowiek, przerażenie”. Nie, wściekłość i agresja, bluefish dodatkowo jeszcze często usiłuje pogryźć jak się podłoży nieuważnie rękę. Kij, którym metrowego szczupaka możesz zakręcić w powietrzu i nie ściągając z wędki zanieść do domu ???? aż trzeszczy, budżetowa daiwa zawodzi niczym pół rządu na urodzinach Rydzyka. Ryba nie jest potworem, ale ma dużego agresora i chwilę schodzi nim podbiera mi ją Rado.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
    Chwilę póżniej podobna akcja u Slidera, jego konger nawet jakby przyginał trochę szytówkę (patrząc na foto weźcie pod uwagę rozmiar człowieka, 150% normy)
     
     
     
     
     
     
     
    Na popołudniowe łowy tym razem zostajemy przy obozie – kilka dni jeżdżenia nie dało ryb, jedyna akcja jest tutaj. Pada jeszcze kilka ryb, ale już nic wartego zdjęć. Zwijamy sie do namiotu, nasz ostatni wieczór tutaj. Slider na głośniczku puszcza muzykę.
     
     
     
     

     

    Wygodne poduchy, na piasku rozłożony dywan. Namiot beduinów, z brązowego grubego płótna, w ¼ otwarty, z widokiem na plażę. Wymęczeni zupełnie leżymy popijając wściekle słodką beduińską herbatę z miętą. Małe szklaneczki pełne miętowego ognia. 3 przyjaciół na końcu świata, słońce zanurzające się w oceanie. Pełne zadowolenie i spełnienie. W tej jednej krótkiej chwili nie istnieje nic innego. Nie ma rodzin, nie ma pracy, kredytów, globalnej recesji. Wiatr delikatnie rusza zasłonami namiotu. Spokój nie zmącony jedną zbędną myślą.
    Tak teraz jak to piszę, to jest chyba moje ostatnie wspomnienie starego świata. Bez nieustających zmartwień. Świata przed pandemią, przed nieustającym medialnym pompowaniem negatywnych informacji, świata bez podziałów, gdy przyjaciel potrafił nim być, mimo że mieliśmy różne poglądy na najbardziej podstawowe kwestie. Świata gdzie nie mordują twojego sąsiada tępym nożem w świetle kamery ani nie rozrywają ludzi bomby zrzucane z amatorskiego drona. Świata, w którym słowa miały jeszcze swoje znaczenie, nie było myślozbrodni. Świata w którym mentalnie mogliśmy jeszcze być dziećmi, jeszcze bez zgorzknienia, bez zmęczenia, świata w którym można było z nadzieją spoglądać na jutro. Jeden z najcenniejszych momentów jakie zachowałem.
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

    Następnego poranka na lotnisko odstawia nas Aziz. Na checkpoincie na wjeździe blokuje nas policja, zaczyna się trzepanie wszystkich papierów. Papiery nasze, Aziza, auta. Jakoś dziwnie. Zza posternuku domykając gacie wychodzi Szef. Patrzy na nas, na auto, na Aziza i... blednie. Z wrzaskiem leci do swoich ludzi. Kopami ich pogania, oddają papiery, szef przeprasza. Sytuacja dośc jasna, mimo że po arabsku. Wiecie kto to jest? Wiecie do kogo oni przyjechali?
    Nim wchodzimy na pokład samolotu dostaję od Aliego zdjęcie z potężnym Palometonem, klepnęli rybę ponad 15kg.
     


     
     
     
     
     
     
     
     

Artykuły

×
×
  • Create New...