PRZYGOTOWANIA
Decyzja zapadła jeszcze w lutym, jedziemy do Szwecji. Obowiązkowa powtórka cyklu „ani diabeł, ani głębina”, kilka stron notatek i urodził się w miarę sensowny plan.
Gdzie: Szwecja środkowa, przynajmniej 500 km na północ od Karlskrony, by nie tracić zbyt dużo czasu na dojazd a jednocześnie ominąć obszar największej presji wędkarskiej.
Kiedy: przełom czerwca i lipca wydawał się dobrym rozwiązaniem, szczupaki powinny już być po tarle a lód powinien już dawno zejść. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na 14-20.06 żeby zdążyć przed szwedzkimi wakacjami
Woda: zbiornik musi być w miarę duży, wstępnie planowaliśmy minimum 300 Ha ze względu na wyposażenie naszego pontonu tylko w silnik elektryczny, ostatecznie zdecydowaliśmy się na zbiornik o powierzchni ponad 50 km^2 oraz dokupienie spaliny 6hp. Jeśli chodzi o batymetrię celowałem w akwen o rozbudowanej linii brzegowej, dużej ilości wysp, głębokości przynajmniej 12-13 metrów lub więcej.
Kwaterunek: domek niedaleko od wody, ze względu na potrzebę ładowania akumulatorów oraz możliwości szybkiego powrotu na odpoczynek.
Cel: dobra zabawa, dużo akcji, spełnienie marzenia Dziadka o tym by poholować dużą rybę (80cm+)
Dzięki wsparciu kolegów w wątku Szwecja oraz długiej rozmowie z kolegą @Dano udało mi się doszlifować plan i rozpocząć wcielanie go w życie.
PODRÓŻ
Trasa odbyła się bezproblemowo, najpierw samochodem do Gdańska, a potem promem do Nynäshamn. Warto wspomnieć, że jeżeli płyniecie promem, to w nocy na morzu można zmarznąć, jeżeli nie weźmiecie ciepłych ubrań. Okazuje się, że problem nieprzygotowanych turystów jest na tyle częsty, że na recepcji można wypożyczyć kocyk służbowy w zamian za kaucję, z czego ochoczo skorzystałem. Mając już zapewnione ciepło i kufelek piwa, kończyłem robienie przyponów i dozbrojek. Drugą rzeczą, której się nauczyłem, to że zanim wjedzie się na pokład, trzeba dokonać odprawy, i to nie jest ta sama kolejka co do wjazdu. Na zrzucie zaznaczam wam miejsce wjazdu oraz budynek odpraw.
Szwecja przywitała mnie pięknym szkierowym widokiem miliona skalistych wysepek i zapachem nadziei. Przypominają mi się wszystkie filmy z łowienia szczupaków w szkierach. Odbieram dziadka z lotniska Arlanda i wieczorem już szykujemy sprzęt na nadchodzące łowy. Dziadek nie mógł wyjść z podziwu jak pięknie Szwecja wyglądała z pokładu samolotu, jezioro na jeziorze i rzeką poganiane i tylko gdzieniegdzie kawałeczek lądu. Pierwsza noc była ciekawa, bo w sumie, wcale jej nie było ze względu na zjawisko „białych nocy”. Niby człowiek wiedział, że tak będzie, ale jednak
22:50 - Ciemniej już nie będzie
OPERACJA „ZAPACH SZCZUPAKA”
Pierwszego dnia rozpoczęliśmy badanie zbiornika od sprawdzenia polecanych miejscówek, łowienia z ręki i ogólnego poznania wody. Chcieliśmy zobaczyć czy woda „żyje”. I żyła, choć szybko doszło do nas, że na łowienie po trzcinach jest już zdecydowanie za późno. Pierwsze branie mieliśmy może po 20 minutach na wodzie, mimo że ryba spadła, cieszyliśmy się jak dzieci. „Są!” to hasło sprawiało, że świat nabierał nowych kolorów. Minęło kilka godzin, wyniki nie były powalające, dwie rybki <40cm, Dziadek uznał, że idzie odpocząć a ja zmieniłem taktykę. Dwie wędki, woblery i trolling w kierunku głębszej wody.
Pierwszy!
Na wodzie 4-5m zaczęło się dziać, sandaczyk już sensowniejszego rozmiaru, szczupaczek jeszcze lepszego, zaczyna być dla mnie jasne, że szczupłe zeszły już z trzcinowisk. Podbudowani polepszającymi się wynikami, spotykamy się z dziadkiem na przystani i wypływamy czesać w trollingu co lepsze miejsca. Mija kilka godzin, nawykliśmy już do warkotu silnika, ponton buja się spokojnie po wodzie
„Jest!”
Krzyk dziadka wyrywa mnie z transu, widzę, że tym razem jest inaczej, kij gnie się bardziej, raz na czas nawet hamulec da o sobie znać. Sprzęt jest mocny więc przeciwnik niedługo ląduje w podbieraku. 86cm – cel spełniony, presja ze mnie schodzi, Dziadek złapał to co miał złapać, nawet gdybyśmy nic więcej nie złowili to wyjazd będzie „zaliczony”. Ale złowimy… o tym za chwilę, wracając do naszej zdobyczy. Odpinam go szybko z kotwic i pozwalam chwilkę odpocząć w podbieraku, w tym czasie moczę matę i przygotowuję miarkę. Potem szybka akcja, miara, fotka i do wody, odpoczywaj potworku i rośnij. Pływamy jeszcze dwie godziny, ale cisza.
86cm - plan wykonany
Dziadek idzie spać, a ja wracam, bo szósty zmysł mówi mi, że idzie żarcie. Pływam sobie spokojnie i o 23.30, będąc już nieco otępiałym (zaczęliśmy łowienie o 5 rano) widzę, jak kij gnie się po rękojeść, oczy mi rosną jak spodki, rzucam wszystko co mam w rękach, zacinam, „Jest!”, potężna siła, żywa siła, to nie zaczep! Hol był spokojny, kilka odjazdów, idzie ciężko, tylko raz w życiu czułem na wędce taką siłę. Nie ma nerwowego trzepania łbem, jest za to chwila kołowania, ustawienie ogonem do wędkarza i odjazd na pełnej mocy. Udaje mi się go w końcu podebrać, serce wali mi tak że nie słyszę nic na około, drę się tylko jak głupi „Jest! Jest!”. Szybko go odpinam i pozwalam złapać oddech. Sam siadam na burcie i staram się choć trochę uspokoić. Adrenalina uderza drugą falą, ręce się trzęsą, myśli krążą tylko wokół tego, że się udało. Szczupak chlupotem przypomina o swojej obecności, znaczy odetchnął po walce. Szybciutko wyciągam matę, mierzenie, fotka, buziak i krokodyl odpływa w głębinę. 113 cm, ogromna maciora, największa ryba mojego życia, ba, największa ryba jaką widziałem na żywo!
113cm - po takiej rybie ciężko dojść do siebie
Obdzwoniłem dziadka i wujka, wrzuciłem wpis na forum, dałem znać znajomym. I tak nie nadawałem się jeszcze do łowienia, za dużo emocji. Po przestygnięciu popływałem jeszcze do 5 rano, ale już bez żadnych sukcesów więc zdrzemnąłem się na podłodze pontonu. Koło 7 przyszedł Dziadek i popływaliśmy do 11, ale nic szczególnego się nie działo. Z racji, że oboje strzeliliśmy porządne ryby uznałem, że zasługuję na wyspanie się. Ponownie na wodzie zameldowaliśmy się koło 20 i od tego czasu staraliśmy się raczej obławiać wodę przede wszystkim w okresie 17-24.
Przeciętna wielkość zdobyczy w trakcie wyjazdu
REPLAY! REPLAY!
Następne dni wyglądały dość podobnie do siebie, wstawaliśmy koło 9-10, śniadanko, ja na wodę w poszukiwaniu nowych miejsc i z misją opanowywania nowego sprzętu (4 wędki na raz bywają wymagające dla jednej osoby). Po 17 Dziadek do mnie dołączał i pływaliśmy po miejscach podobnych do tych które obdarzyły pierwszego dnia. Ilościowo jest pięknie, codziennie kilka-kilkanaście ryb. Jakościowo gorzej, wszystko maksymalnie 75cm, w Polsce za takimi pływam tydzień, tutaj przerzucamy hurtem bez nadmiernych emocji, cieszą, ale brakuje kopa.
82cm - chudzinka, ale i tak bardzo cieszy
Jeden się wyróżnił, 82cm, nawet poudawał, że coś walczy. Popełniam ogromny błąd, ale o tym, że jest to błąd mogę powiedzieć dopiero z perspektywy czasu. Za dużo czasu spędzamy na wodzie 5-6 metrów licząc, że wylezą tam ryby z głębin, że powtórzy się pierwszy dzień, że cykl żerowania zrobi kółko i po przerzuceniu odpowiedniej ilości króciaków znów strzelimy okaz.
To mówicie, że sandacz ma wąski przełyk
Tak się niestety nie dzieje, więc szóstego dnia zmieniam taktykę, skupiam się na obławianiu wielkiego przedłużenia półwyspu, gdzie samo przedłużenie ma około 5m głębokości a otoczone jest przez wodę 10m+.
Najlepsze efekty dawało pływanie zygzakiem, tak by przecinać przedłużenie półwyspu pod kątem prostym
I okazuje się to sensownym pomysłem, rybki co prawda dalej nie okazowe, ale przynajmniej nie ma już wcale mniejszych niż 65cm. Robię sobie przerwę a potem wypływam na 2 godziny, zaliczam hattrick (okoń, szczupak, sandacz) i wracam ze względu na migrenę.
75cm- sandaczyk z hattricka
DUŻA ZMIANA
Ostatni dzień spędzam na wodzie sam, walczę od samego rana. Nie mając szczególnego pomysłu na ten dzień, ponownie opływam znane miejscówki, ale nic ciekawego się nie dzieje. Uznałem, że sprawdzę jeszcze główne ploso.
Siodło - dwie głębie przecięte wypłyceniem i dwoma wzniesieniami, miejsce z kategorii wymarzonych
I to był bardzo dobry strzał. Na pokazanym na powyższej mapie miejscu, w ciągu może dwóch godzin złowiłem 6 sympatycznych ryb. Niestety dalej bez okazów. Za to pod kątem nauki było świetnie, na echu widziałem banana i chwilę później zębaty meldował się na końcu zestawu, fantastyczna sprawa do testowania zabawek.
Przy takich widokach krew szybciej krąży
HOME, SWEET HOME
Powrót minął bez szczególnych niespodzianek. Żartowałem, że najgorszą częścią całej wyprawy było to, że trzeba z niej wracać. Byłem szczęśliwy, wyprawa udała się, pobiłem PB, Dziadek złowił 80+, wracamy cali i zdrowi. Dopiero po powrocie do mieszkania poczułem jak strasznie jestem zmęczony, przespałem cały dzień zanim wróciłem do funkcjonowania.
Pamiętajmy o C&R!
Po wyprawie przyszedł czas na analizę. Było sporo rzeczy, z których byłem dumny, plan był dopracowany, czasowo wszędzie mieliśmy okienka na ewentualne spóźnienie, kwaterunek i zaopatrzenie działały bez problemu. Jeżeli chodzi o nowy sprzęt to sprawdził się znakomicie, ponton 330 z silnikiem 6hp na najwolniejszym ustawieniu płynął około 3,8-4 km/h więc raczej po tej szybszej stronie, ale w pełni poprawnie, w razie potrzeby na pokładzie była dryfkotwa.
Posejdon czasami dawał wskazówki, gdzie leży skarb
Z perspektywy czasu widzę, że zabrałem zdecydowanie za dużo przynęt, większości nawet nie zapakowałem na łódkę, nie mówiąc o tym, żeby ich używać. To samo dotyczyło kijów, choć tu akurat była to kwestia ostrożności, mianowicie przy pływaniu na 4 wędki warto mieć zapas, w razie, gdyby któraś strzeliła.
Co zaś się tyczy samego łowienia, Na pewno udało się wyciągnąć sporo wniosków. Potwierdziły się pewne reguły, na przykład w czasie wieczora/nocy kolory fluo były częściej wybierane. Natomiast w ciągu dnia, szczególnie przy mocnym słońcu, holograficzny Karaś robił świetną robotę. No właśnie!
PRZYNĘTY
Nie może się obyć bez krótkiej opowieści o tym, czego używaliśmy do kuszenia kaczodziobych. Ze względu na pierwszy dzień przylgnąłem do woblerów. Co prawda gumy, wahadła i obrotówki też były wykorzystywane, jednak to woblery spędziły na końcu zestawu najwięcej czasu. Niekwestionowanym liderem ilościowym był karaś 11 Jaxona w wersji holo-płotki, szczupaki tłukły w niego jak głupie, bardzo dobrze się sprawdzał na takiej wodzie od 4-6 metrów.
Dziadek znalazł ukochane przynęty w nieco większym rozmiarze
Drugą przynętą, która pokazywała co potrafi wieczorami i w nocy, był whacky 15 Salmo w kolorze GT. To właśnie na niego złowiłem życiówkę. Nie chodzi on głęboko, ale za to nadrabia super pracą, poza tym, że się kolebie jak każdy wobler, to dodatkowo robi długie odjazdy na boki cały czas pracując. Podium zamyka perch 12 F od Salmo w kolorze okonia. Zupełnie nie sprawdziły się za to CDMAG’i Rapali, byłem w szoku, mimo żonglowania rozmiarami i kolorami miałem na nie może jedną rybę. Widocznie w jeziorku nie występowała sielawa albo szczupaki nie były nią zainteresowane, bo była zbyt rozproszona ze względu na porę roku? W łowieniu głębinowym za to sprawdził się Storm deep thunder 15, zarówno mirror jak i GT, kolor nie grał szczególnej roli.
Hall of Fame
Przyznaję się bez bicia, że kiepskie jakościowo wyniki były spowodowane tym, że zamiast szukać dużych ryb skupiłem się na przerzucaniu średniaków, w nadziei, że któryś w końcu będzie większy. Zbyt mocno zasugerowałem się tym co zadziałało w pierwszym dniu. Gdybym mógł tam być ponownie, więcej czasu poświęciłbym przynętom xxl oraz obławianiu głębszej wody. Za dużo czasu spędziłem na wodzie do 6 metrów. No ale jak wiemy człowiek się całe życie uczy. Za to ilość rozpieściła nas do granic możliwości, złowiliśmy ponad 50 ryb na tym wyjeździe. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, niedługo będę mógł wam opowiedzieć co dzieje się na tej wodzie jesienią….
Połamania kija!
- Read more...
- 6 comments
- 557 views