Skocz do zawartości

  • Zaloguj korzystając z Facebooka      Zaloguj się   
  • Rejestracja

Witaj!

Zaloguj się lub Zarejestruj by otrzymać pełen dostęp do naszego forum.





Zdjęcie

Suvanto - koski - suvanto...

Napisane przez Marvin , 25 czerwiec 2018 · 435 Wyświetleń

Nieczęsto bywam tak bardzo zadowolony ze swojego życia, jak kiedy wyruszam na ryby. Od pierwszego kroku postąpionego za próg domu łapię w nozdrza zapach przygody i pod jego wpływem zmieniam się nie do poznania: jak rzadko mam jasno określony cel, znam drogę do niego i cieszę się na nią nie mniej, niż na cel sam w sobie. Upycham w samochodzie ekwipunek i prowiant, wszystko mam rozpracowane i gotowy jestem na wszelkie warianty. Ruszam, a do przejechania ponad 80 kilometrów drogą niemal pustą, na której mijam się z innym samochodem raz na kwadrans, a jedyną obstrukcją w podróży bywają renifery, które niekiedy nic sobie nie robią z nadjeżdżającego pojazdu, kiedy indziej zaś uciekają w panice wprost przed siebie i, gnane przed maską, wyrzucają nieskładnie na boki koślawe nogi. Po drodze nad rzekę zatrzymuję się jeszcze w Muonio, żeby kupić bochen Räätileipä, słodkawego pieczywa z rodzynkami, nieco przypominającego naszą chałkę. Robię większe zapasy, bo wypiekają je w Enontekiö i do Kittilä już nie dociera – a szkoda, bo choć daleko mu do pieczywa, jakie można kupić w Polsce albo na Litwie, to w zestawie z bananami i suszoną wołowiną zaspokaja w pełni moje potrzeby w zakresie suchego prowiantu.

 

Nad Muonionjoki jestem przed 16:00, zaczynam od przebrania się w spodniobuty, żeby mieć już z głowy tę z jakiegoś powodu wyjątkowo dłużącą mi się czynność. Spodniobuty oczywiście muszą być oddychające i najchętniej nosiłbym je wywrócone na lewą stronę, by móc każdym porem skóry chłonąć atmosferę wędkarskiej eskapady. Zbroję wędkę i pakuję potrzebny nad wodą sprzęt do kamizelki popijając kawę z ekspresu przelewowego, którą przywiozłem w termosie: jest okropna, ale wiem, że kiedy wrócę za kilka godzin będzie jeszcze obrzydliwsza, letnia i nieznośnie kwaśna.

 

Dołączona grafika

 

Lapońskie rzeki nie przestają mnie zaskakiwać swoim ogromem. Niby zdarzało mi się widywać jakieś tam zdjęcia i filmy, relacje z łososiowych łowów na Północy, ale kiedy pierwszy raz stanąłem nad brzegiem Teno – byłem onieśmielony rozległością i potęgą nurtu, który przewalał się po olbrzymich głazach na szerokości dorównującej warszawskiej Wiśle. Później miałem okazję zobaczyć Tornionjoki a także Kalix, Lule i Pite w szwedzkiej części regionu (w górnym biegu tej ostatniej zdarzało mi się wędkować) i za każdym razem, stojąc na brzegu, czułem się bezradny bezradnością brzegowego wędkarza-spinningisty z doświadczeniami znad Narwi, Sanu, w najlepszym razie mazowieckiej Wisły. Specyficzne ukształtowanie terenu sprawia, że wszystkie te rzeki biegną w charakterystycznym rytmie, dzielącym je na koski – bystrza – potrafiące przez dobrych kilka kilometrów pędzić rwący nurt po płytkich kamieniskach, i suvanto – plosa – gdzie prąd radykalnie wyhamowuje, uspokaja się i niemal zamiera, rzeka pogłębia się i staje leniwa, nudna i nieczytelna (w Finlandii ta terminologia, u nas właściwie ograniczona do specjalistycznych opracowań, jest w powszechnym użyciu i nierzadko mówi się o poszczególnych koski i suvanto, pomijając właściwą nazwę rzeki). Typowanie potencjalnych łowisk to – przynajmniej w moim wykonaniu – kilometry przejeżdżone (najpierw przy pomocy Google Maps) wzdłuż monotonnych suvanto w poszukiwaniu rwących koski, zdatnych do brodzenia ze spinningiem albo muchówką w nadziei na spotkanie prądolubnych ryb, z racji zdatnego do spożycia na surowo mięsa nazywanych szlachetnymi.

 

Dołączona grafika

 

Muonionjoki, największy dopływ Tornio, przejmujący od tej ostatniej rolę granicy między Szwecją a Finlandią, to także niemała rzeka. Nie niesie zbyt wiele wody, bo na szerokich bystrzynach już teraz, u progu lata, ledwie jej starcza, by przykryć kamienie, ale za to rozlewa się szeroko i dzieli niekiedy na odnogi, wyodrębniając, chętnie penetrowane przez renifery, wyspy. Popołudnie jest słoneczne, niemal bezchmurne, na bystrzyny ruszam z zamiarem mozolnego wprawiania się w obsłudze wędki muchowej.

 

Wątek muchowy w mojej wędkarskiej karierze ciągnie się już trzeci sezon i muszę szczerze stwierdzić, że wciąż nie do końca czuję tę metodę. Znalazłem się w fazie przejściowej, w której spinningowanie coraz częściej zdaje mi się mechaniczne i schematyczne, muchowanie natomiast – zbyt wiele jeszcze nakłada technicznych ograniczeń, bym mógł się nim w pełni cieszyć nad wodą. W laboratoryjnych warunkach wszystko gra, zdarzają się rzuty celne i dalekie, zdarzają się nieprzypadkowe ryby; wystarczy jednak silniejszy wiatr, trudne warunki terenowe, niezrozumiały brak współpracy ze strony rybostanu, żeby miła przechadzka z wędką na łonie natury zmieniła się w beznadziejną walkę z żywiołem, okupioną stresem, nadużywaniem gum Nicorette i plugawego języka.

 

Dołączona grafika

 

Dziś jednak wszystko idzie po mojej myśli, sprzyja mi pogoda, a nad rzeką nie ma żywego ducha (aż muszę się upewnić, czy dziś aby nie poniedziałek, dzień regulaminowego odpoczynku od łowienia). Wędka, którą zabrałem – Sage Pulse 9'5# – ma już jakąś tam historię: trochę się początkowo samobiczowałem, że niepotrzebnie dołączyła do posiadanych już #6, że przecież "nie zamierzam być jednym z TYCH muszkarzy..." Szczęściem okazała się całkiem praktycznym narzędziem, które ostatnio zabieram nad wodę najczęściej: choć dla konesera pewnie zbyt ciężka i toporna, doskonale sprawdza się w roli wędki uniwersalnej i obojętnej na techniczne niedobory, równie dobrze, jak linki w dedykowanej klasie, nosi też #6, które zgromadziłem już wcześniej. Gnie się płynnie już pod niedużą rybą, jednocześnie dając poczucie pożądanego "zapasu mocy"; tylko rękojeść, choć na pierwszy rzut oka wydawała się wyjątkowo zmyślna, jakoś nie do końca mi leży i powoduje odciski, być może w wyniku niedoskonałego wyważenia wędziska i związanego z tym zbyt kurczowego uścisku.

 

Nie rejestrując oznak życia w wodzie ani nad nią, kombinuję trochę bezskutecznie z mokrymi muchami i w końcu, doszedłszy do ujścia niewielkiego potoku, zauważam, niczym w kultowej scenie uwielbianego przez rzesze wędkarzy tandetnego filmidła Rzeka życia, piaskowo ubarwione motylki, polatujące nieporadnie nad wodą. Zakładam Elk Hair Caddis i łowię małego lipienia, potem kolejne, także trochę większe. Tak oto, niepostrzeżenie nawet dla samego siebie, łowię pierwszy raz w życiu rybę na własnoręcznie zawiązaną muchę.

 

Dołączona grafika

 

Około 22:00 wracam do samochodu, resztką ohydnej kawy zagryźć pokaźny kęs Räätileipä i zmienić zestaw. Jeszcze godzina, i Słońce na pewien czas zniży się za drzewa, kładąc na rzekę trochę cienia, i jeśli jakieś nonkonformistyczne łososie zdecydowały się pozostać w Finlandii, miast z głównym nurtem Tornionjoki zagłębić się w interior szwedzkiej Laponii, to teraz jest dobry moment, by ich poszukać. W obsłudze dwuręcznej muchówki jestem jeszcze mniej wprawny, niż we władaniu jej jednoręczną siostrą, staram się jednak korzystać z każdej okazji do treningu, do czego zdecydowanie łatwiej się zabrać w okolicznościach dających choćby teoretyczną szansę na spotkanie z rybą: rynna poniżej Äijäkoski, potężnej gardzieli ściskającej na chwilę rzeczny nurt w skalistym przesmyku, wygląda obiecująco.

 

Dołączona grafika

 

Trenuję tyleż dzielnie, co bezskutecznie, a rzuty wychodzą coraz dalsze i zgrabniejsze tylko do momentu, gdy kątem oka nie zarejestruję ruchu za plecami. Miejscowi młodzieńcy, którzy właśnie przybyli wyposażeni w wędki i karton piwa, przypatrują mi się uważnie i gdyby nie byli Finami, na ich twarzach z pewnością malowałoby się politowanie. Zamieniamy kilka słów: Jari stawia dopiero pierwsze kroki z lipieniowym zestawem, natomiast Markus, podobnie jak ja, eksperymentuje z DH. Dzielę się spostrzeżeniami w materii skutecznych na lipienie much, w zamian uzyskując informację, że łososie jeszcze nie idą, ale nigdy nic nie wiadomo. Po chwili do rozpalających ognisko młodzieńców dołączają dziewczyny i odnoszę wrażenie, że Jari i Markus woleliby zostać z nimi sam na sam. Przemieszczam się trochę niżej, około północy mam już dość – a jeszcze trzeba przebrać się, zapakować, i dotrzeć do domu, w drodze wyciszając wzburzony natłok wspomnień i spóźnionych konstatacji; zasnąć za szczelnie chroniącymi przed nocnym słońcem kotarami, obudzić się i na chwilę wrócić w leniwy nurt codzienności – do następnej wyprawy.

 

Kittilä, czerwiec 2018






Piękne obrazki !

Oby w tym roku rewanż na łososiach się udał.
Już frycowe opłacone - najwyższa pora ugryzc słodka chałkę z rozbiegu :)
Trzymam kciuki i trochę więcej warzyw w tym menu wędkarskim proszę umieścić .

Istnieje szansa, że gościna w Finnmarku pozwoli zasadzić się na łososie w optymalnym terminie i w dogodnych warunkach. Tymczasem jednak Muonionjoki podniesiona i pusta, podobnie jak wędkarskie domki nadrzecznych kempingów. Można napawać się samotnością nad wodą, ale w puli tylko lipienie...

 

My w każdym razie już w sobotę ruszamy dalej na Północ.

Lipiec 2018

P W Ś C P S N
      1
2345678
9101112131415
16 17 1819202122
23242526272829
3031     

Ostatnie wpisy

Ostatnie komentarze